Ilu Imperialnych szturmowców potrzeba do wymiany przepalonego panelu jarzeniowego?

Dobra, bądźmy poważni. Kilka dni temu na (chyba) trzecim najpopularniejszym portalu społecznościowym na  świecie (nie, Google+, sorry, to nie o Tobie ;)), czyli Instagramie pojawilo się jedyne, prawdziwe i autentyczne konto Gwiezdnych Wojen. Zainaugurował nową społecznościową aktywność nie kto inny, jak sam Lord V., umieszczając… samego siebie robiącego sobie zdjęcie z rąsi na Instagrama.

O takie o:

Vader Selfie na JestemGeekiem.pl

Nie jestem jakimś szczególnie zagorzałym fanem Gwiezdnych Wojen, ale osobiście uważam to za świetną marketingowo decyzję. I niemarketingowo, tak zwyczajnie z pozycji fana (ale maluśkiego takiego…) też. Ciekawe, że na FB wśród grona krewnych i znajomych królika rozgorzała dyskusja, czy prawdziwi fani nie będą mieli takiej decyzji – delikatnie mówiąc – za złe Disneyowi.

Dyskusja o „prawdziwości” fanów i ich potencjalnych pretensji kompletnie mnie w tym momencie nie zajmuje, bo uważam temat za dość infantylny. ;) Ale gdybym już miała zabrać głos w takiej dyskusji, to powiedziałabym, że zupełnie nie ma o czym gadać. ;)

Dlaczego? Bo strasznie fajnie jest to, że Gwiezdne Wojny są tak naprawdę jednym z nielicznych fantastycznych uniwersów, które mają do siebie aż tak duży dystans (fanów, marketerów itp.).

To własnie w kontekście Star Wars zobaczyłam po raz pierwszy Vadera Hello Kitty (niezapomniane przeżycie…), codziennie powstaje tysiące, jeśli nie setki memów na temat każdego możliwego bohatera tej gwiezdnej sagi. I nikt się specjalnie nie obraża. W zasadzie, to życzyłabym każdemu fantastycznemu (w sensie gatunku, nie mojego stosunku do ;)) fandomowi tyle dystansu do przedmiotu swojego uwielbienia.

Hello Kitty Vader na JestemGeekiem.pl

Myślę, że fani gwiezdnej sagi na pewnym etapie jej popularności pogodzili się już z tym, że stała się już nieodłącznym elementem popkultury (szczególnie tej która mocno wpłynęła na dzisiejszych dwudziesto-, trzydziestolatków). Coś jakby Backstreet Boys, Pulp Fiction i klocki Lego razem wzięte. I właśnie dlatego, że Gwiezdne Wojny znają już wszyscy, od geeków na konwentach po panią z warzywniaka, całe uniwersum stało się niejako „dobrem wspólnym”. Nie dziwi mnie więc, jak widzę w jednym z popularnych-sieciowych-sklepów koszulki na licencji SW, nie zaskakują przeróżne mashupy ani selfie (przepraszam, ale jakoś „samojebka” przejść mi przez gardło nie może) Vadera na Instagramie.

I co najfajniejsze, wydaje mi się że fanów Gwiezdnych Wojen też nie. Właśnie dlatego instagramowy debiut Vadera mógł być taki, a nie inny i chyba nikt, kto poważnie interesuje się gwiezdnym uniwersum, jakoś specjalnie się o to nie obraził.

Powiem więcej! Wiesz, co w tym wszystkim jest najfajniejsze? Że dzięki takim ikonom jak Star Wars ludzie odkrywają to, co fascynuje nas, zakochanych w fantastycznych uniwersach. Odkrywają i przekonują się, że to nie tylko „głupie bajki dla dzieciaków” i że w „poważnym, dorosłym życiu” też jest miejsce na oryginalną pasję.

→Czytaj też: Dumna z bycia geekiem

Po prostu pokonujemy ich ich własną bronią, nawet jeśli jest to konto na Instagramie. ;)

..

.

Aha!

Do wymiany przepalonego panelu jarzeniowego potrzeba 2 szturmowców. Jednego by wymienił panel, a drugiego by zabił tego pierwszego i sobie przypisał zasługę.

Stay geek & carry on! ;)

A zdjęcie tytułowe ukradłam stąd. Przepraszam.