Wracam do domu, podjarana nową grą. Szybko odpalam konsolę/PCta, zasiadam przed ekranem i… zasypiam po pół godzinie. Jeśli jakimś cudem uda mi się utrzymać powieki na swoim miejscu, okazuje się, że wypadało by zjeść obiad. Albo wyjść z psem. Albo przygotować się do pracy. Ewentualnie mieć jeszcze jakieś życie. Jakiekolwiek.

Słowem (a nawet dwoma): jestem casualem. Casualowym graczem, znaczy. Czyli takim od przypadku do przypadku, od jednego wolnego czasu do drugiego. I wcale nie uważam się z tego powodu za gracza gorszego.

Czytaj też: Instrukcja obsługi grającej kobiety

 90866

Pamiętam takie czasy, kiedy od gier (szczególnie MMO) nie można mnie było odkleić. Czasy posiadania własnego komputera przyszły do mnie dość późno, bo w okolicach końca liceum (choć do dziś pamiętam te piękne chwile, gdy mogłam od kogoś pożyczyć Commodore, Atari czy PSX-a i „liznąć” kilka gier  w tydzień), na szczęście potem rozpoczęło się 5 cudownych lat nicnierobienia studiów, podczas których nadrobić mogłam wszystko, w co nie udało mi się zagrać wcześniej. Były więc klasyczne cRPGi po 100, albo i 200 godzin, było drugie życie w grach MMO i okazjonalne hot seatsy w HoMM.

Grało się we wszystko i bez zastanowienia. Jeśli gra nie była strzelanką (no jakoś nie lubiłam wtedy, to się chyba zmienia z czasem ;)) albo strategią turową, to mogła być czymkolwiek – nawet grą o układaniu trzech klocków w linii (Puzzle Quest, Chuzzle FTW), byle grać. A potem wszystko się zmieniło.

Nie muszę chyba tłumaczyć, jak taki mechanizm wygląda. Każdy, kto musiał odłożyć na bok pasję, na pewno spotkał się z tym nie raz. W sumie, na początku nie jest nawet tak źle. Jako hardcorowy gracz starasz się pogodzić wszystko – pracę, dom, rodzinę, granie. 80 godzin Skyrima w kilka dni? Spoko, przecież wezmę L4! Raid w WoWie o 4 w nocy z gildią z USA? No problem, sen jest dla słabych. Tylko, że to nie działa. Bo nie ma prawa działać. Wcześniej czy później coś zacznie szwankować.

hardcore-gamer

 

I dla mnie przyszły takie czasy. Czasu nie przybywało, za to rzeczy, które chciałbym w życiu zrobić – jak najbardziej. I – uwierz mi – bardzo często te rzeczy wygrywały z najlepszą nawet grą. ;)

 

Wyboru dokonać musisz, młody Padawanie

Oczywiście można w tym momencie po prostu przestać grać, bo przecież, jak powszechnie wiadomo „gry są dla dzieci”. ;) Można też po prostu stać się casualem. Mniejszym lub większym, ale jednak. Z tym, że casualem świadomym, czyli takim, który wie jak oszczędzać czas, a jednocześnie na maksa wyciągać z gier to, co najlepsze.

A na przykładach? No oczywiście. Ja na przykład kompletnie omijam „staroszkolne” cRPGi. Są piękne, mają głębię i gra się w nie przebosko, tylko co z tego, skoro konieczność poświęcenia 100-200 godzin na grę równa się u mnie kilka miesięcy, jak nie więcej? A ja lubię kończyć gry. Więc cRPGi zastąpiłam szybszymi action-RPGami.

Podobnie z MMO. Prędzej przyznam, że Duke Nukem Forever to dobra gra, niż zacznę od nowa bić 80 lvlów w WoWie. Jeśli online, to wyłącznie w postaci szybkich meczy, góra 15-30 minut. Stąd zamiłowanie do Mass Effect 3 Online (czy ja już wspominałam kiedyś, że to moja ulubiona gra? ;)) czy online’owych strzelanek w ogóle.

Truizmy? Być może. Sęk w tym, by się tego określenia, a przede wszystkim sposobu w jaki teraz (w porównaniu z kiedyś) odbierasz gry, nie bać. Nie starać się łapać wszystkiego i za wszelką cenę, nie maksować achievmentów. Cieszyć się samym faktem grania – dla samego grania. Ale i nie rezygnować z tego, co lubisz i co sprawia Ci przyjemność.

→ Czytaj też: Nocne geeków rozmowy: Nowa (de)generacja gier – jaka będzie?

„Casual” brzmi dumnie

Ja zdecydowanie jestem casualem. Czy grałam w nowe GTAV? Nie, i prawdopodobnie nie zagram, bo sandboxy – z racji ilości czasu i możliwości – przyprawiają mnie o wysypkę. Ciągle nie odpaliłam kilkunastu gier z PS Plusa. Gry na kilkanaście godzin często zajmują mi miesiące. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz powiedziałam do kogoś „OMFG, whatta n00b!!11oneone” w onlajnie. Z radością rzucam się na absurdalnie proste gry o niczym. Nawet nie patrzę na poziom „hard” w grach, bo szkoda mi czasu na tysięczne próby zabicia jednego bossa.

6bkX87p

 

I z tego miejsca chcę podziękować. Wszystkim producentom gier, którzy tworzą niewymagające shorty na kilka godzin. Tym, którzy projektują gry coraz prostsze. Biję pokłony studiom, które produkują kolejne sequele gier, w które już grałam, bo dzięki nim nie muszę uczyć się na nowo mechaniki. Dzięki nim wszystkim w tej zatrważająco małej ilości wolnego czasu mogę w pełni czerpać radość z elektronicznej rozrywki.

To wcale nie znaczy, że nie lubię gier trudnych, wymagających czy z doskonałą, głęboką fabułą. Po prostu… nie mam na to czasu, więc zostawiam je tym, którzy mają go więcej.

Gram wtedy, kiedy mogę i tak, jak mogę. Casualowo. Ale ciągle z pasją.

P.S. W dyskusji na Facebooku nie daliście się podpuścić. Wielu z Was przyznało, że też gra już wyłącznie casualowo. A teraz chciałabym, żebyście wrażeniami podzielili się i tu – jak zmienia się Wasze granie z upływem lat? Czy też już jesteście casualami, czy może umiecie pogodzić tzw. „hard gaming” z trudami życia codziennego? ;)

P.P.S: Zdjęcie główne jest mistrzowskie. No po prostu nie mogło być innego. Kto wyłapie wszystkie nieścisłości z foty?