Jestem prostą kobietą. Widzę legendy arturiańskie – rzucam wszystko i idę do kina. Niestety, nieraz się zawiodłam, bo przecież złych filmów, książek i seriali na tej podstawie jest masa. Czy Król Artur: Legenda Miecza odmienił mój smutny los?

Najnowszy film Guya Ritchiego nie ma szczęścia od samego początku. Najpierw nikt nie chciał się zainteresować historią opartą o zgrany trop kulturowy, potem scenariusz przepisywano tysiące razy. A gdy wreszcie otrzymał ogromny budżet i narodził się w bólach, okazało się, że… poniósł spektakularną finansową klapę. Weekend otwarcia był tak słaby, że Legenda Miecza uplasowała się daleko za czołówką letnich blockbusterów, i to tych debiutujących nawet trzy tygodnie przed nim.

Jednocześnie ci, którzy obejrzeli Króla Artura, z miejsca się w nim zakochali. Zewsząd spływały entuzjastyczne opinie, a film zgarnął prawie 75% na Rotten Tomatoes… Co się stało? I czy Guyowi Ritchie udało się wrócić do formy ze swych gangsterskich opowieści?

Odpowiedź brzmi: to zależy. Ale zacznijmy od początku.

W nowym uniwersum (zgodnie z obecną modą, Król Artur miał być początkiem serii filmów na podstawie legend arturiańskich), Artur (Charlie Hunnam, znany z Sons of Anarchy oraz Pacific Rim) nie jest nobliwym księciem, wychowywanym na dworze Uthera Pendragona. Młodziutki Artur cudem unika śmierci z rąk podstępnego wuja Vortigena i trafia do… londyńskiego burdelu. Akcja rozpoczyna się, gdy przyszły król jest już dorosły. Przybytek rozkoszy jest już właściwie pod jego opieką, on sam budzi respekt wśród miejscowych rzezimieszków, a spokój w mieście zapewniają mu dobre układy z Czarnymi Nogami, strażą Vortigena, który w międzyczasie został nowym królem. Po latach z wody wyłania się miecz w skale, a Artur – chcąc czy nie chcąc – będzie musiał zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem.

Nie ma się co oszukiwać – it’s just Guy Ritchie at his finest. Jakiej innej modyfikacji tej historii można byłoby się spodziewać po reżyserze, który lubuje się w gangsterskich, ulicznych scenariuszach? Na szczęście tu ten setting po prostu „siedzi”. Zupełnie nie czułam, że coś było tu przesadzone czy opowiedziane na siłę. Zupełnie, jakby historia o Arturze od zawsze toczyła się właśnie tak.

Z drugiej strony – historia u podstaw jest banalnie wręcz prosta i stanowi książkową wręcz opowieść o wybrańcu, który odrzuca swoje przeznaczenie, by na końcu pogodzić się ze swoim przeznaczeniem. Tym, co film wyróżnia i sprawia, że zasługuje na uwagę, jest charakterystyczny styl, z jakim został opowiedziany. Styl, którego fani Guya Ritchiego nie pomylą z żadnym innym.

Jeśli oglądałeś dowolny z kanonicznych filmów reżysera – Porachunki, Przekręt, RocknRolla, czy nawet Sherlocka Holmesa, to wiesz, czego się spodziewać. Dość lekkiego, zawadiackiego klimatu. Teledyskowego montażu, szybkich cięć, mieszania planów i żonglowania czasem. Bohaterów, którzy pod koniec filmu wyrosną na Rycerzy Okrągłego Stołu, ale w jego trakcie przypominają raczej ulicznych rzezimieszków. Ba! Jest nawet scena planowania zamachu nieomal żywcem wyjęta z heist movie – gdyby nie stylizowane ubrania i miecze, bohaterowie byliby nie do odróżnienia od swoich poprzedników z dorobku Ritchiego. Nie każdemu spodoba się taki sposób prowadzenia fabuły, ale tu sprawdza się znakomicie. Król Artur jest dzięki temu bardzo skondensowany, odarty z niepotrzebnych dłużyzn i zwyczajnie o wiele ciekawszy, niż zwykła opowieść, którą widzieliśmy już przecież setki razy.

Na osobny akapit zasługują też efekty specjalne. Film kosztował prawie 200 mln dolarów i to zdecydowanie widać. Bardzo widowiskowa scena walki z potężnymi magicznymi słoniami (!) i przedstawienie magii w ogóle jest jednym z lepszych, jakie widziałam w kinie. Dopiero pod koniec wkrada się stanowczo za dużo CGI, choć jest ono zrealizowane z pomysłem, można je więc Guyowi wybaczyć.

Co słonie robią w filmie o legendarnym królu? To pytanie o wierność arturiańskim mitom w ogóle. Legenda Miecza swobodnie czerpie z brytyjskich podań, ale nie robi tego bez szacunku. To oczywiste, że chciałoby się zobaczyć więcej najpopularniejszych postaci – od Ginevry do Merlina, ale Król Artur serwuje nam raczej królewskie origin story. I tak jak każda taka opowieść, nie chce od razu wykładać na stół wszystkich kart. Wiele rzeczy jest tu zresztą niedopowiedzianych. Patrzymy na bohaterów, ale nie znamy ich imion, nie wiemy który z nich pełnił jaką rolę w oryginalnych legendach. Częścią uroku Legendy Miecza filmu jest właśnie próba rozpracowania, kto jest kim. A gdy już na koniec uświadomisz sobie, że w podaniach nie każdy był tym, kim chciał w obrazie Ritchiego uchodzić, tym bardziej atrakcyjna staje się perspektywa kolejnych części. Części, które ze względu na wyniki finansowe prawdopodobnie nie powstaną, niestety.

A skoro już o postaciach mowa, to w Królu Arturze gra cała plejada nowych i starych gwiazd filmowych. Wspomniany już Charlie Hunnam, doskonały Jude Law jako Vortigen, a także Aidan Gillen (Littlefinger z Gry o Tron) czy… zaskakująco dobry David Bekham w malutkiej rólce. Wróćmy jednak na chwilę do tytułowej roli, bo Charlie, choć przystojny, to odkąd pamiętam, zupełnie nie potrafi grać. To chyba mój główny zarzut dotyczący tego filmu – mam wrażenie, że Artur został tu napisany jako zawadiaka i lekkoduch, który z czasem przechodzi przemianę. Hunnam zagrał go tak, jak zwykle gra swoje postacie – jako śmiertelnie poważnego (serio, nawet humorystyczne sceny grał tak, jakby ktoś mu robił krzywdę), napuszonego bufona. Szczególnie mocno widać to w scenach z Jude Law, który aktorsko zmiatał głównego aktora z powierzchni ziemi. Na szczęście Hunnam nie jest totalnym drewnem (raczej taką giętką bazią), więc jego rola jest do wytrzymania. Nie wiem tylko, jak poradziłby sobie z rolą szlachetnego króla w potencjalnych dalszych częściach, bo sercem jest dalej przywódcą gangu motocyklowego z Sons of Anarchy.

Last but not least, muzyka. Tu jest zdecydowanie perfekcyjnie. Za ścieżkę dźwiękową odpowiada Daniel Pemberton (Steve Jobs, Man from U.N.C.L.E.) i z przyjemnością przyznaję, że jest to mój drugi ulubiony soundtrack filmowy po muzyce z nowego Mad Maxa. Pemberton umiejętnie łączy zawadiacki klimat ze stylizowanymi na celtyckie dźwiękami – nie robiąc z tego jednak festiwalu muzyki folkowej. A już główny motyw z wykorzystaniem ludzkiego oddechu zamiast beatu zasługuje na ogromne uznanie – i na to, byście jak najszybciej posłuchali całości na Spotify.

Podsumowując: jestem ogromnie zaskoczona, jak bardzo podobał mi się Król Artur: Legenda Miecza. Ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że w dużej mierze jest to zasługa charakterystycznego stylu reżysera, który uwielbiam. Jeśli to, co do tej pory robił Guy Ritchie, nie jest dla ciebie atrakcyjne, nie wybieraj się do kina. A jeśli nie znasz dorobku autora Porachunków, za to cenisz dobre efekty specjalne i stare historie opowiadane na nowo, to kupuj bilet jak najszybciej – szkoda, by taki potencjał się zmarnował.