Po drugim, słabym sezonie Daredevila, po okropnym Age of Ultron, wreszcie po tragicznym Suicide Squad obiecałam sobie, że przestanę oglądać komiksowe adaptacje. Nie czytam komiksów, superbohaterowie – oprócz Batmana – zupełnie mnie nie interesują. A potem pojawił się on – Luke Cage, społecznie zaangażowany serial. Obiecywał normalność, brak majtek na spodniach i tak zwany hjuman tacz.

Przybyłam, zobaczyłam, zastanowiłam się. I dalej nie wiem, czy te kilkanaście godzin to fajna rozrywa, czy stracony czas.

To nie będzie recenzja, bo w głowie jeszcze ciągle nie ułożyła mi się opinia na temat najnowszej superbohaterskiej produkcji Netflixa. Są tylko strzępki ocen, rzeczy które wyszły i te, które wręcz przeciwnie.

UWAGA! Choć chciałabym inaczej, to w tekście mogą pojawić się ćwierćspoilery, półspoilery a nawet tłuste, dorodne, dorosłe spoileryska. Jeśli nie oglądałeś/aś serialu, czytasz na własną odpowiedzialność!

Co wyszło…

luke-cage-season-1-38
 

Miasto, o które wreszcie warto walczyć

Jestem komiksowym laikiem, przyznaję. Świat superbohaterów znam tylko z ekranu. Dlatego w duchu: Nie znam się, ale się wypowiem, stwierdzam z pełnym przekonaniem, że motywacje głównych bohaterów zaczynają się i kończą na walce o własne miasto. Nie wiem, czy jest tak naprawdę, czy to tylko skrzywienie po Arrow aka You have failed this city.

Problem w tym, że superbohaterowie walczą o miejsca papierowe, bez wyrazu, umowne. Kto faktycznie zapłakał nad Sokovią, ręka w górę? Nawet daredevilowe Hell’s Kitchen mogłoby być dowolną dzielnicą dowolnego amerykańskiego miasta. To tylko dekoracje, przestrzenie w których grają aktorzy.

Czarny Harlem z Luke’a Cage’a jest inny. Żywy. Ciekawy. Akcja koncentruje się w konkretnych miejscach, z własną historią, mieszkańcami czy pracownikami. Harlem’s Paradise, zakład fryzjerski Popa i ulice przed nim – to przestrzenie, które żyją, przestrzenie pełne ludzi. No właśnie. W drugoplanowej roli mistrzowsko gra tu tzw. „ulica” – dilerzy, drobni złodziejaszkowie, cwaniaki, ale młodzi ludzie „poza systemem”.

Nic dziwnego, że gdy Luke Cage zostaje, by walczyć o Harlem, to jego deklaracja nie brzmi sztucznie. To miejsce zasługuje, by go bronić.

 

luke-cage-season-1-104
 

Jazz, dobre jedzenie i czysty geniusz, który przenika ulicę

Mniej więcej tymi słowami Mariah Dillard określa Harlem, gdy dziennikarze pytają ją czym dla niej jest ta dzielnica. A bardziej ogólnie – chodzi o klimat. A tego serialowi nie brakuje.

Przynajmniej 70% klimatu to muzyka. W Harlem’s Paradise, jednym z głównych miejsc akcji, króluje jazz, blues, soul i rap. „Ulica” układa pochwalne rymy na cześć Luke’a Cage’a, a standardy „czarnej” muzyki płyną wprost z płyt gramofonowych.

Genialnym posunięciem było przeniesienie sporej części akcji do klubu muzycznego Cottonmoutha. Dzięki temu w niemal każdym odcinku na scenie staje inny czarnoskóry artysta, a jego muzyka splata się z najważniejszymi scenami odcinka.

Ale klimat to też ciemne pomieszczenia klubu, noc rozświetlona światłami wielkiego miasta, niby przypadkowo spotkany członek Wu Tang Clan. To rozmowy o koszykówce, ruchu czarnoskórych i pisarzach, których nie mamy prawa znać. Choćby i dla tego warto obejrzeć ten serial.

 

luke-cage-season-1-79
 

Dojrzałe kobiety w roli innej niż statecznych matek

Misty Knight już w pierwszym odcinku słyszy, że nie jest najmłodsza. Marie Dillard to stateczna pani radna, która nie waha się flirtować z dużo młodszymi od siebie mężczyznami i której asystent najwyraźniej też miałby na nią ochotę. Obie są ważnymi postaciami dla serialu, pełnokrwistymi, o wyrazistych charakterach.

To przykre, że w tych czasach dobre i mocne role kobiet po 30-stce ciągle są czymś wartym wspomnienia, a nie normą. Ale nie narzekam – biorę co dają. O ileż to lepsze od młodych, pięknych i doskonale uczesanych serialowych ozdóbek w amerykańskich produkcjach. Znudziłam się już pisząc to zdanie.

 

…a co nie bardzo.

marvels-luke-cage-03
 

Dialogi pisane na kolanie

Nie oczekuję od serialu o czarnoskórym Supermanie ekwilibrystyki słownej. Ale chciałabym, by rozmowy brzmiały jak rozmowy. Nie jak niepowiązane ze sobą zdania, frazesy rzucane w przestrzeń. Niestety, tak w serialu kilka razy się dzieje: w zasadzie za każdym razem gdy stroną rozmowy jest Shades, czasem też gdy o życiu, wszechświecie i całej reszcie rozmawiają Mariah i Cottonmouth.

Początkowo myślałam, że to wina tłumacza, ale gdy wsłuchałam się lepiej w angielskie dialogi, okazało się, że oni naprawdę tak mówią. Trochę, jakby facet od dialogów naoglądał się za dużo kiepskich melodramatów albo dopiero skończył staż. Brrr.

 

luke-cage-season-1-95
 

Słodki chłoptaś zamiast niebezpiecznego gangstera

Czyli Theo Rossi w roli Shadesa – było-nie było jednej z ważniejszych postaci w serialu. Osobiście mam z Theo straszny problem. Bardzo lubiłam go w Sons of Anarchy i w ogóle jest jednym z moich ekranowych love crushów. Ale oprócz tych sarnich oczu i słodkiej mordki to nie umie ten pan grać, oj nie umie.

W Luke’u Cage’u gra dokładnie to samo, co w SoA. Te same trzy miny na krzyż, te same grymasy, ton głosu. A że w klubie motocyklowym był raczej wannabe gangsterem o czułym sercu, jakoś trudno mi wyobrazić go sobie jako bezwględną prawą rękę budzącego strach Diamondbacka.

Zresztą, puściłabym to mimo oczu ;), gdyby jego czas ekranowy był ograniczony. Ale Shades pojawia się. W prawie. Każdym. Odcinku. I nie robi tam praktycznie nic, oprócz ściągania okularów, zakładania ich z powrotem i snucia się za Cottonmouthem, radną, Diamondbackiem.

To w ogóle kretyńsko napisana postać, bo wsadzona jest do serialu kompletnie po nic. W pierwszych kilkunastu odcinkach miałam jeszcze nadzieję, że okaże się koniem trojańskim posłanym przez Diamondbacka by wykończyć Cottonmoutha. Ale nie! Jego jedyną rolą jest zbuntowanie się przeciwko Diamondbackowi pod koniec sezonu i pożądliwe zerkanie na radną-MILFa. Być może w następnych sezonach scenarzyści lepiej zbudują tę postać, trzymam kciuki.

 

luke-cage-season-1-26
 

Słaby superzłoczyńca

Czyli Diamondback. O ile gangster-wannabe, czyli Cottonmouth fajnie w serialu się broni, o tyle Willis Stryker woła za to o pomstę do nieba. W jaki sposób zbudował swoją potęgę handlarza broni i producenta najpotężniejszej amunicji na świecie, skoro zachowuje się jak rozkapryszony 5-latek? Nie potrafię tego pojąć.

Pierwsza część serialu daje jeszcze złudną nadzieję. Diamondback jest w niej szarą eminencją, obserwuje, planuje i przekazuje swoje dyspozycje poprzez Shadesa. W drugiej jego IQ obniża się chyba o 150, w imię bezsensownej rodzinnej wendetty. Kulminacyjnym momentem idiotycznych planów superzłoczyńcy jest strzelanina w Harlem’s Paradise. Nie wyobrażam sobie, by tak doświadczony gangster, latami prowadzący naprawdę szemrane interesy, był zdolny do zniweczenia misternego planu otwartą wymianą ognia z jedną policjantką – i to w klubie pełnym własnej obstawy.

Miarka przebiera się, gdy wreszcie dowiadujemy się, czemu złoczyńca tak bardzo chce zguby Luke’a. Gdy usłyszałam finałowy monolog, sprowadzający się do jednego zdania: „tatuś kochał cię bardziej ode mnie!”, nogi się pode mną ugięły. To naprawdę da się zrobić lepiej – vide Fisk z Daredevila, by daleko nie szukać.

 

marvels-luke-cage-01
 

Wątek miłosny na siłę

Baba, to się musi do wątku miłosnego przyczepić. ;) Przede wszystkim #TeamMisty. Claire niech wraca do Hell’s Kitchen, gdzie jej miejsce.

A poważnie, to zupełnie tego nie poczułam. Tej niby-chemii między Claire a Lukiem. O ileż intensywniej działo się, gdy spotykali się ze sobą pani detektyw i Cage – namiętność, nienawiść, strach. Relacja Claire z głównym bohaterem jako żywo przypomina mi relację dwóch przyjaciół. „Brzmicie jak stare małżeństwo”, mówi Mercedes Knight i to chyba najlepsze, do czego przyrównać można ich wspólne sceny. Nie zaiskrzyło, ale czy naprawdę musiało?

Ten wątek przecież nie był do niczego potrzebny. Gdyby Claire i Luke zostali tylko przyjaciółmi, mielibyśmy kolejną rzecz, którą serial potrafi pokazać dobrze – platoniczną relację dwóch osób odmiennej płci, naturalną i możliwą. Fabuła by na tym nie ucierpiała, życie toczyłoby się dalej. A ja byłabym trochę mniej zirytowana.