W zeszłym roku powstało wiele świetnych filmów, o których… mało kto wie. Czy to z powodu nietypowej formy, tematu, a może po prostu braku hollywoodzkiego rozmachu.

2014 skończył się już spory czas temu, mimo to często pytacie mnie, jakie filmy warto obejrzeć oprócz boxoffice’owych hitów.

→ TU ZNAJDZIESZ: Najbardziej niedoceniane geek filmy w 2015 roku

Tak się składa, że zeszły rok obfitował w doskonałe produkcje, a więc z przyjemnością zebrałam je wszystkie w jednym miejscu.

Dla wygody wszystkich, jako że wiele z nich nie pojawi się pewnie w polskiej dystrybucji, podaję anglojęzyczne tytuły.

 

Only Lovers Left Alive

Senna, dekadencka opowieść o… współczesnych wampirach, którym jednak daleko do świecących postaci ze Zmierzchu. W najnowszy filmie Jima Jarmusha krwiopijcy rozdarci są między chęcią bycia drapieżnikiem (jak za starych, dobrych czasów), a pragnieniem, by koegzystować z ludzkim społeczeństwem na jego zasadach.

To opowieść zupełnie różna od hollywoodzkich hitów, której blisko do Wywiadu z wampirem chociażby. Do tego doskonale zagrana. Zresztą nazwiska takie, jak Tom Hiddleston, Tilda Swinton i Mia Wasikowska mówią same za siebie.

Nie jest to rozrywkowe kino na słoneczne popołudnie, a raczej ciężka opowieść o pragnieniach, pasjach, niezrealizowanych marzeniach, a przede wszystkim, jak mówi sam tytuł… o miłości. Warto!

 

What We Do In the Shadows

Na drugim biegunie wampirzej tematyki plasuje się What We Do In The Shadows, który pojawił się już na Jestem Geekiem przy okazji wyboru najlepszych filmów 2014 roku. Dokumentalizowana komedia o trzech wampirach, próbujących odnaleźć się we współczesności serwuje zupełnie inne emocje, niż film powyżej. To pozycja lżejszego kalibru, przepełniona inteligentnym, miejscami groteskowym humorem.

Najfajniejsze jest to, że odniesienia do popularnych mitów o drapieżnych krwiopijcach aż wylewają się z ekranu. Wampiry są tu bardzo „staroszkolne”. Dlatego właśnie ich konfrontacja z teraźniejszością (np. jak nieumarli dzielą się obowiązkami domowymi, albo dlaczego mają trudności z wejściem na dyskotekę) jest tak strasznie śmieszna. Doskonała robota ekipy z Nowej Zelandii. Brawo!

 

Jodorowsky’s Diune

Dokument, który wstrząsnął geek-światem, a jednocześnie stoi trochę z boku – ze względu na gatunek właśnie. Opowiada o próbie zekranizowania klasycznej powieści s-f, Diuny Franka Herberta.

W czasie, gdy George Lucas nie myślał nawet o stworzeniu Gwiezdnych Wojen, Jodorowsky snuje wizję filmu tak doskonałego, tak pomysłowego, tak pełnego rozmachu, że niemalże niemożliwego do zrealizowania. No właśnie…

Jodorowsky’s Diune to dokument zarówno o bodaj najdoskonalszym z niezrealizowanych filmów świata, ale też (a może przede wszystkim) o ściganiu marzenia, o nadmiernej ambicji i perfekcjonizmie, o tym, czy autor powinien poddawać się presji środowiska.

Warto obejrzeć dla zarażającego pasją i charyzmatycznego Jodorowsky’ego, ale przede wszystkim, by poznać koncepty, animacje i szkice niezwykłej Diuny.

 

The Congress

Aż dziw, że The Congress (Kongres) w Polsce przeszedł bez echa. Wszak oparty jest luźno na Kongresie Futurologicznym naszego fantastycznego dobra narodowego, czyli Stanisława Lema.

Ari Folman sięga po dzieło polskiego klasyka, by opowiedzieć zupełnie inną, bardzo współczesną historię. Zamiast głównego bohatera znanego z powieści, Ijona Tichy, otrzymujemy starzejącą się aktorkę. Głównej bohaterce zaproponowano lukratywny kontrakt, odmieniający całe jej życie. Jeśli da się zeskanować (twarz, ciało, mimika, ton głosu itp.), przez 20 lat nie zazna biedy. W tym czasie jej sobowtór będzie za nią występował w telewizji, udzielał wywiadów, występował w programach rozrywkowych… Oczywiście pod dyktando managerów i specjalistów od wizerunku. Nietrudno się zorientować, że to inteligentny komentarz do wątpliwych zabiegów marketingowych Hollywood, choć ubrany w otoczkę s-f.

Ciekawym zabiegiem jest również połączenie filmu aktorskiego z animowanym. W ten sposób reżyser chciał pokazać tę bardziej oniryczną, narkotyczną część scenariusza (w opowiadaniu po rozpyleniu środków halucynogennych, tu w wyniku eksperymentu). W moim odczuciu to słabszy fragment, ale warto wyrobić sobie własne zdanie.

I choć nie jest to dzieło wszechczasów, to zasługuje na uwagę, chociażby ze względu na doskonałą grę (?) Robin Wright, która „odgrywa”…siebie samą.

 

Under the Skin

Jedni mówią, że to film przereklamowany, drudzy porównują autora, Jonathana Glazera, do Stanleya Kubricka czy Larsa von Triera… Niezależnie od opinii, faktem jest, że to jeden z najciekawszych obrazów zeszłego roku.

Oniryczne obrazy Szkocji przeplatają się tu z oryginalną historią z lekką nutką fantastyki. Fabuła jest dość prosta. Samotna kobieta (Scarlett Johansson) jeździ furgonetką po kraju, by uwodzić, a następnie zapraszać do siebie samotnych mężczyzn. Kim jest ta tajemnicza postać, nie czująca, nie pokazująca żadnych ludzkich odruchów, obca i beznamiętna?

Książka Michaela Fabera, której adaptacją jest film, podpowiada, że mamy do czynienia z istotą pozaziemską. Obce jej są nasze emocje i nasze ciała, a swoją urodę wykorzystuje do osaczania ludzkich ofiar. Mimo to, znajduje w sobie tęsknotę i chęć poznania uczuć i myśli ludzkości.

Całość urzeka niespiesznym kadrowaniem, niepokojącą ścieżką dźwiękową i plastycznością przekazu. Warto obejrzeć chociażby z powodu oszczędnych środków wyrazu i samej Scarlett. To obraz, który jednych zachwyci, innych znuży. Mimo to uważam, że każdy powinien wyrobić sobie na ten temat własne zdanie.

 

A Girl Walks Home Alone At Night

Wampiry po raz trzeci w zestawieniu. Ale nie bylejakie, bo… irańskie. Obraz Any Lily Amirpour opowiada o małym miasteczku Bad Town, prześladowanym przez samotnego krwiopijcę. Miejsce to jest spełnieniem filmowych marzeń każdego miłośnika popkultury i fana kina w stylu Tarantino. Mamy tu młodego gniewnego, irańskiego Jamesa Deana, narkotyki, bandziorów i doskonałą muzykę.

Przy czym nie jest to ślepe podążanie za wielkimi gatunku, bo autorka inteligentnie bawi się konwencją, zarówno wampirzą (krwopijca w burce – tego jeszcze nie widziano), jak i wyobrażeniem o awanturnicznym, amerykańskim kinie.

Do tego całość nurza się w czarno-białym, noirowym sosie. Mniam!

 

Babadook

Horror nieoczywisty, bardzo kameralny i niskobudżetowy, choć w tym wypadku nie jest to wada. Historia domu opętanego przez tytułowego Babadooka jest tak naprawdę historią dwojga bliskich sobie ludzi.

Czy faktycznie mamy tu do czynienia z potworem, czy może to duchy przeszłości, kładące się cieniem na relacji matki z synem? Debiutująca w pełnym metrażu Jennifer Kent uważa, że poszukiwanie odpowiedzi nie zwalnia jej od porządnego, staroszkolnego straszenia.

Babadook jest więc horrorem z krwi i kości, z klasycznym arsenałem wszystkich najważniejszych zabiegów i sztuczek. Mimo to zaskakuje bardzo oryginalnym zakończeniem, za co należą się brawa.

Jedyne, co razi, to bardzo budżetowa ścieżka dźwiękowa, która zresztą skłoniła mnie do napisania tekstu na temat Krzyku Wilhelma.

 

The Rover

Z niecierpliwością czekamy już na nowego, filmowego Mad Maxa, tymczasem w 2014 powstał film, który mógłby śmiało stanąć z nim w jednym rzędzie.

The Rover jest opowieścią o postapokaliptycznej Australii, w której jedynym prawem jest prawo pięści, a wokół tylko upał, piach, pot i łzy. Dwóch mężczyzn, ogarnięty chęcią zemsty Eric i autystyczny Rey (w tej roli Robert Pattison, pokazujący że nie skończył się na wampirzej sadze) przemierzają razem bezdroża w poszukiwaniu sprawiedliwości. Ich trudna relacja jest zresztą kanwą filmu.

I choć The Rover miejscami przypomina western, czasami kino drogi, tak naprawdę jest ciężkim, brutalnym obrazem męskiego świata w wersji ekstremalnej. Polecam fanom mocnego kina z przesłaniem, niekoniecznie wyłącznie fanom postapokalipsy.

 

 The Space Station 76

Specyficzny film dla specyficznej grupy odbiorców. Jeśli lubisz stare, nieco plastikowe s-f z lat 70tych, tekturowe plany filmowe, syntetyczne obcisłe kosmiczne ubranka i muzykę rodem z klubu disco, to będzie to zdecydowanie coś dla ciebie.

The Space Station 76 lawiruje pomiędzy kiczem i humorem, a dość poważnym scenariuszem. Całość – jak przystało na przedstawiciela gatunku – w równym stopniu jest kinem spod znaku retro future, jak i… klasyczną operą mydlaną. Kapitan statku zmagający się z nałogiem, jego asystentka rozpaczliwie poszukująca bliskości… A przy tym tak absurdalna, przejaskrawiona stylistyka lat 70tych.

Szczególnie polecam tym, którzy (tak jak ja), uwielbiają kino z manowców dobrego smaku. Tu dostaniecie to, co lubicie najbardziej plus jeszcze więcej!