Nie lubię rozpatrywać kultury popularnej w kontekście tego, czy jest ambitna czy nie. No bo co to znaczy „ambitny film/książka/serial”? I czy zbyt często nie jest to tylko słowo-wytrych, do usprawiedliwiania błędów i niedociągnięć?

No wiesz, to całe: Mnie się podobało, bo nie oczekiwałam/łem niczego ambitnego.

Ambitnego, czyli jakiego? I czy kultura musi być „ambitna”, żeby była dobra?

Zacznijmy od definicji słowa „ambitny”. To prawdziwa zmora. Nikt już nie rozumie, co to znaczy „być ambitnym” w kontekście wytworów kultury. Albo raczej, co to znaczy „stworzyć ambitny film/książkę/muzykę”.

Słownik powie nam, że „ambitny”, oznacza: mający wysokie aspiracje, dążący do sukcesu w danej dziedzinie, mający poczucie własnej wartości. I choć instynktownie rozumiemy, co to oznacza dla ludzi, to jak mierzyć „ambitność” filmu czy książki?

Zdecydowanie nie było „ambitnie”, ale na pewno było bardzo dobrze!

Czy to oznacza, że takie dzieło musi stawiać trudne pytania? A może musi być zrealizowane w nowatorski sposób? A dlaczego „ambitnym”, w rozumieniu „mającego wysokie aspiracje” nie można nazwać reżysera tych nieszczęsnych Strażników Galaktyki, który chciał stworzyć dzieło inne niż to, co dotychczas robił Marvel? Przecież na pewno ma „wysokie poczucie własnej wartości” i „dążył do sukcesu w swojej dziedzinie”!

O definicji ambicji, szczególnie w kontekście kinematografii, jak zwykle cudownie pisze Marcin z Lektury Obowiązkowej. Ja tu tylko a skromnie podlinkuję się tylko do jego (świetnego!) tekstu, chowając głowę w piasek, bo chciałabym się zająć mocniej innym zagadnieniem, mianowicie: czy jeśli coś nie jest ambitne, to nie jest dobre?

Argument, który często podnosi się w dyskusjach o popkulturze, a od którego dostaję wysypki. Spotkałam się z nim chociażby po ostatniej krytyce Strażników Galaktyki. W skrócie: ten film nie miał być ambitny, więc nie mam prawa oczekiwać od niego jakości.

No nie, moi drodzy, zupełnie nie o to chodzi.

Wyobraź sobie na chwilę, że KAŻDY film, który oglądasz i książka, którą czytasz, jest przełomowa, jedyna w swoim rodzaju, eksperymentalna. Co to oznacza? Że nigdy nie powstanie ponad 40 książek Pratchetta o Świecie Dysku, które choć błyskotliwe, pod względem formy były bardzo podobne. Że po pierwszym Alienie nie powstaje tak dobry drugi. Że nie możesz wrócić do domu i odpalić dla relaksu Jessiki Jones na Netflixie, bo KAŻDY. JEDEN. ODCINEK. musi poruszać ważne tematy, być eksperymentem z formą i treścią.

Koszmar, co?

Dobrze zrealizowany film rozrywkowy. Czasem potrzeba nam tylko tyle. I to jest okej.

Kultura popularna, a szczególnie okołofantastyczna nie musi być „ambitna”. Właśnie dlatego nazywana jest „popularną” – bo celuje w szerokie gusta ludzi i jako taka musi być uśredniona. Nie zwalnia jej to za to z konieczności: opowiadania ciekawej historii, dobrego przedstawiania innego od naszego świata (gdzie setting nie jest tylko pretekstem, a elementem fabuły), posiadania sprawnie napisanych bohaterów i dialogi. Jeśli tego zabraknie, to filmu czy książki nic już nie uratuje. NIC.

Każdy z nas jest trochę Mamoniem, każdy lubi to, co zna. Wynika to z budowy naszego mózgu, który lubi powtarzalność, lubi opierać się na sprawdzonych wzorach. To dlatego piosenki mają refreny, a my nawyki. I nie ma w tym niczego złego, podobnie jak nie ma niczego złego w fajnym blockbusterze albo przyjemnej muzyce pop.

To, na co przystawać nie powinniśmy, to nie brak wysokich aspiracji, to miernota, lenistwo twórców i robienie rzeczy na kolanie.

Kiedy więc następnym razem zechcesz sięgnąć po koronny argument: „ale to nie miało być nic ambitnego”, pomyśl, że krytyka nie ma nic wspólnego z chęcią otrzymania Złotego Globu, a może mieć sporo z tym, że krytykowane dzieło jest zwyczajnie SŁABE.

Ja nie potrzebuję ambitnej popkultury. Wolę tę sprawnie zrealizowaną. A Ty?