Suicide Squad miał odkupić wszystkie grzechy słabego Batman v Superman, mocniej zarysować filmowe uniwersum DC, być ratunkiem na całe zło i wstrętne, niesprawiedliwe Rotten Tomatoes. Po wczorajszym przedpremierowym pokazie w Cinema City wiem już, że nic z tego nie wyszło. Tak strasznie nie wyszło…

If you’re gonna fail, fail big – z takiego założenia najwyraźniej wyszli twórcy Suicide Squad (wybaczcie, że posługiwać się będę angielską nazwą filmu, ale polskie tłumaczenie tradycyjnie nie przystaje – ktoś najwyraźniej nie doczytał, ile ludzi liczy legion…), serwując nam w kinie frankensteina złożonego z teledyskowych cięć, scenariuszowych głupotek, płaskiej gry aktorskiej i tragicznie złych wręcz scenografii.

Zanim zacznę jednak znęcanie się nad filmem, mały disclaimer. Czekałam na Suicide Squad. Kupił mnie poważny pierwszy trailer, sceptycznie acz z zainteresowaniem spojrzałam na ten deadpoolowy, comic-conowy. Strasznie chciałam, żeby to wszystko wyszło, utarło nosa sceptykom i pokazało, że DC potrafi w kino. Na seans poszłam pełna nadziei, nawet pomimo tragicznie złych recenzji tuż po zdjęciu embargo. Łudziłam się, że – podobnie jak w przypadku Warcrafta – krytycy swoje, a moje geekowe serducho swoje. Wszak chodziło o jedne z moich ulubionych komiksowych postaci (o ile można tak powiedzieć o kimś, kto komiksami nie interesuje się w ogóle), czyli Jokera i Harley Quinn.

el_diablo

 

Tym większe było moje rozczarowanie, kiedy wszystko zaczęło się sypać już od pierwszych minut. Film rozpoczyna się absurdalną sekwencją kilkuminutowych origin story. Amanda Waller, matka-założycielka Suicide Squadu, przez dobre 30 minut przerzuca karty slapstickowej teczki z napisem ŚCIŚLE TAJNE, prezentując współpracownikom kolejnych złoczyńców i ich okrojone backstory. Wszystko w teledyskowym montażu, z planszami pojawiającymi się tak szybko, że nie sposób przeczytać nawet charakterystyki postaci. O ile przy pierwszym złoczyńcy zabieg budzi zainteresowanie, o tyle przy piątym czy szóstym zwyczajnie nudzi.

Im dalej w las, tym gorzej. Faktem powszechnie znanym są problemy reżysera, Davida Ayera, z postprodukcją filmu. Nie zagłębiając się (całość bardzo zgrabnie opisał IHBD) opowiem tylko w skrócie, że wizja reżyserska i studia zupełnie się rozjechały. Suicide Squad miał być w założeniu filmem ciężkim, mocnym, ale po pierwszych pokazach okazało się, że publiczność zupełnie tego nie kupuje. Postanowiono więc zrobić z niego Deadpoola w stylu DC, co – jak można się spodziewać – wyszło gorzej niż źle.

„Scenariusz” w skrócie określić można pewnego cytatem sławnego króla: „A teraz szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu!„.  Jednym zdaniem, bez spoilerów: idziemy-zatrzymujemy się-wracamy-idziemy gdzieś indziej-główny boss-koniec. A po drodze kilka mało śmiesznych żartów, drewniane dialogi, dokładnie 2 postacie, które mają cokolwiek do zagrania i zaskakująco mało scen akcji i efektów specjalnych. Serio, ten film zyskałby w moich oczach ze 2-3 punkty w górę, gdyby całość była niekończącą się jazdą bez trzymanki: walk, pościgów, wybuchów.

suicide_squad

 

Tak się niestety nie dzieje, bo w filmie jest… bardzo mało akcji. Dosłownie 2-3 killroomy (inaczej nie mogę tego nazwać,gdy dokładnie wiadomo, kiedy nastąpi atak i jaki będzie wynik), reszta to przekonywanie widza na siłę, jakimi to strasznymi badassami nie są członkowie Suicide Squad (nie są), jakim to badassem nie jest Amanda Waller (wygląda raczej jak wkurzona gospodyni domowa) i dlaczego ta misja jest tak bardzo samobójcza (meh…).

Do tego na siłę dorzucony deadpoolowy montaż i humor, którego wystarcza dokładnie na połowę filmu – skutkiem czego pierwsze kilkanaście minut jest kolorowe, komiksowe i (stara się być) zabawne, podczas gdy potem napięcie spada gdzieś w okolice Rowu Mariańskiego, by nie podnieść się aż do końca filmu.

Filmu nie ratują też jego bohaterowie. Przez to, że DC tak bardzo chciał nadgonić to, co Marvel wypracował przez lata, otrzymaliśmy grupkę złoczyńców, którzy przeciętnemu człowiekowi nie mówią kompletnie nic, ze szczątkowym wprowadzeniem w ich backstory. Efektem tego była kompletna obojętność na to, co się z nimi stanie. Jeden z istotnych wątków, tragiczna miłość żołnierza Ricka Flaga i pół-naukowca, pół-wiedźmy June Moore/Enchantress mogłaby być mocnym elementem filmu, ale gdy bohaterowie obejmowali się, płacząc, zastanawiałam się: Czemu ma mnie to obchodzić?

Podobnie czułam się, gdy Sucide Squad na każdym kroku próbował wmówić mi, że członkowie zespołu to ci najgorsi z najgorszych. Oczywiście, jak to w takich hollywoodzkich filmach bywa, jest zupełnie inaczej – przyjaźń i miłość zwycięża, kwiatki, jednorożce i tęcza. Do tego stopnia, że działania bohaterów stają się totalnie nielogiczne (vide Harley Quinn w ostatniej scenie), sprzeczne z ich charakterami i podporządkowane dobru grupy. Być może miałoby to ręce i nogi, gdybyśmy w trakcie filmu mieli szansę naprawdę poczuć tworzącą się więź. Niestety, oprócz kilku słabych onelinerów i – w zamierzeniu przełomowej – sceny w barze, nie przekonuje nas do tego kompletnie nic. Paradoksalnie, mimo że w filmie naprawdę mało się dzieje, nie mamy czasu, by faktycznie poczuć kto kogo lubi i dlaczego. O ile ciekawszy byłby Suicide Squad, gdyby do końca nikt nikomu nie ufał, a zjedoczenie sił wynikało wyłącznie z konieczności pokonania większego zła…

Jared+Leto+Joker

 

A skoro już o postaciach mowa, zatrzymajmy się na chwilę na tym, co do zagrania mieli aktorzy. Niestety, niewiele. Zacznijmy od mojego największego rozczarowania tego filmu, czyli Jokera. Po zwiastunach autentycznie miałam nadzieję, że Jared Leto uciągnie rolę. Jego Joker był niepokojący, bardzo współczesny, balansujący między normalnością a szaleństwem. Po raz kolejny okazało się, że trailerom nie należy wierzyć. Pełnometrażowy Joker był strasznie chaotyczny i przerysowany (w złym tego słowa znaczeniu). Miałam wrażenie, że Leto sam nie wie, jak go zagrać – choć być może to wina patchworkowego montażu. Niemniej, wyszło tragicznie, koszmarnie wręcz źle. Szczęście w nieszczęściu, że było go na tyle mało, by irytacja nie przerodziła się w złość.

Na szczęście z rolą doskonale poradziła sobie jego druga połówka, czyli Harley Quinn (Margot Robbie). Jestem szczególnie wybredna, jeśli chodzi o tę postać, bo – jak już wspominałam – uwielbiam Harley i Jokera. Nie podoba mi się postępująca seksualizacja kochanki złoczyńcy i z rozpaczą oglądam coraz to krótsze spodenki w kolejnych jej wcieleniach. Na szczęście Harley w wersji Margot jest raczej niegrzeczną punkówą, niż obiektem męskich westchnień – i za to jej chwała. Mimo, że słyszałam niepochlebne głosy o tej kreacji – że denerwująca, że służy wyłącznie za comic relief – dla mnie jest jedną z dwóch najjaśniejszych gwiazd tego filmu.

Druga to oczywiście Will Smith w roli Deadshota. Smith dobrym aktorem jest i nie zepsuje go nawet rola w słabiutkim letnim blockbusterze. Nie wiem, czy jest tym Deadshotem, którego znacie z komiksów, ale mnie przekonał.

deadshot_harley

 

Niestety, to jedyne jasne gwiazdy składu złoczyńców. Reszta,  czyli m.in. El Diablo, Killer Croc i Slipknot szwędają się po filmie bez celu, tylko po to, by w konkretnym momencie wykonać jedną znaczącą akcję. Są totalnie niepotrzebni, a przy tym płascy i zupełnie nieinteresujący. Film z powodzeniem mógłby się nazywać Harley Deadshot Squad i nie byłoby w tym wiele przesady.

A szkoda, bo tyle wątków aż prosi się o rozwinięcie – Harley Quinn i Joker, toksyczny związek Ricka i June czy chociażby słabiutko zarysowany wątek Katany. Niestety, marnowanie potencjału to motyw przewodni Suicide Squad.

Skoro o tym mowa, krótko o oprawie muzycznej. Na Spotify znajdziecie już ścieżkę dźwiękową (niepełną, reszta pewnie po premierze), która – podobnie jak trailer – może dać wam mylne wrażenie badassowego filmu o niegrzecznych superbohaterach. Prawda jest taka, że w filmie wyraźnie widać, jak niezłe kawałki zostały wepchane tam na siłę, w miejsce mroczniejszych i poważniejszych pewnie odpowiedników w pierwowzorze. Byłam w stanie precyzyjnie stwierdzić, gdzie muzyką próbowano nieco rozjaśnić scenę. Takie zabiegi mocno kłuły w oczy.

Na koniec wisienka na torcie, czyli 3D. Na zaproszenie Cinema City objerzałam Suicide Squad w IMAXie i w 3D. Z całego serducha więc – odradzam trójwymiarową projekcję. Dopiero w połowie filmu przypomniałam sobie, że okulary są mi do czegokolwiek potrzebne. Jako, że walk i widowiskowych fragmentów było jak na lekarstwo, trójwymiaru w zasadzie też nie dało się uświadczyć.  O ile jestem zdania, że każdy na własnej skórze powinien się przekonać o beznadziejności tego filmu, o tyle bardzo mocno odradzam 3D. Szkoda nerwów i pieniędzy.

Podsumowując: Sucicide Squad to film zły. Tym bardziej boli, że mógł być czymś ciekawym, nowym otwarciem dla DC, po koszmarnym Batman v. Superman. Niestety, jak zwykle wygrały słupki oglądalności i działy marketingu, zamiast dobrego filmu. A szkoda.

Z niepokojem czekam na Justice League….