Jestem wkurzona. Zirytowana wręcz. Chciałoby się napisać dosadniej, ale w każdym momencie gdy czytasz ten tekst może być przed 22:00, więc nie wypada. Ridleyu Scott (Scottie? Scotie?) oddaj mi moje 20 zł. Ridleyu, oddaj mi moje stracone piątkowe dwie godziny. Ridleyu, oddaj Obcego jakiego znamy i kochamy. A przede wszystkim – Hollywoodzie, przestań żerować na moich sentymentach.

Sama nie wiem, od czego zacząć. Powstrzymuję się od zakończenia tego tekstu ogromnym napisem: NIE IDŹ NA TEN FILM. Żeby było jasne, nie miałam co do niego żadnych oczekiwań. Co więcej, Prometeusz nawet mi się podobał, o czym wielokrotnie wspominałam, chociażby w najnowszym odcinku podcastu Mana Mana.

Może zacznę od początku, jak w każdej porządnej recenzji – choć za każdym razem, kiedy myślę o tym filmie, mam ochotę skulić się w kąciku i cicho łkać w poduszkę. A myślałam, że najnowsi Strażnicy Galaktyki już przejechali się po mnie dostatecznie mocno.

Tak się właśnie czuję oglądając nowego Obcego

Ale, wracając: naszych bohaterów poznajemy dekadę po dramatycznych wydarzeniach z Prometeusza. Covenant / Przymierze leci sobie na planetę razem z 2000 kolonistów. Całość nadzoruje android Walter (Fassbender), który jako jedyny nie jest pogrążony w kriogenicznym śnie. Po sporej awarii statku musi wybudzić załogę, choć do celu zostało jeszcze ponad 7 lat i setki tysięcy kilometrów. Kilka minut i jednego spopielonego kapitana później kosmiczni podróżnicy postanawiają sprawdzić tajemniczy sygnał na dużo bliższej i – o dziwo – odpowiedniej do zamieszkania planecie. A na miejscu dzieje się to, czego każdy fan Obcego spodziewać się może. Z tym, że w wersji nieświeżego bigosu z resztek z całego tygodnia.

Bigos nie jest może najlepszą metaforą, ale prawda jest taka, że nowy Obcy jest bigosem. Odgrzewaną w kółko zbieraniną innych dań, z których każde osobno bardzo lubimy, ale razem nie smakuje już tak samo, cokolwiek nie powiedziałby kucharz. Przymierze eksploruje bowiem wszystkie tropy, które znamy z poprzednich części. Mamy tu kosmiczne zagrożenie, sztucznych ludzi, wybuchające klatki piersiowe, zaglądanie do jaj obcych o złych konsekwencjach, a nawet aktorkę, która tak mocno strojem, ubiorem i zachowaniem przypomina młodą Sigurney Weaver, że to aż nieprzyzwoite. Na litość boską, nawet plakat, który służy za foto główne tego tekstu to zżynka.

Niestety, to się nie klei. Czy ja już mówiłam, że to się nie klei? Żeby nie wchodzić w szczegóły, powiem tylko, że żadna z postaci nie ma IQ powyżej miski fasolki po bretońsku. Cały film to festiwal irracjonalnych decyzji głównych bohaterów, których nijak nie da się wyjaśnić. No chyba, że zaćmieniem umysłowym. Żeby podać przykład – narażenie na szwank DWÓCH TYSIĘCY kolonistów żeby sprawdzić sygnał niewiadomego pochodzenia ma może sens, gdy masz 15 lat, a nie gdy jesteś trenowanym do takiej misji kosmicznej marine.

Covenant jest żałośnie niespójny – sam ze sobą i z oryginalnym Obcym. Dość powiedzieć, że to właśnie Przymierze podaje nam prawdziwe origin story kosmicznych potworów (sic!), które… przekreśla wszystko, co wiemy z poprzednich 5 filmów. Tak, łącznie z samym Prometeuszem! Mam wrażenie, że scenariusz był przepisywany już tyle razy, że Scott sam pogubił się w tym, co chciał tym filmem przekazać.

Są ładne widoczki, ale co z tego?

Nie pomaga gra aktorska ani konstrukcja postaci w ogóle. Bohaterowie są płascy, połączeni w pary chyba tylko po to, żeby było łatwiej ich rozróżnić. Dialogi aż wieją ekspozycją, nie pozostawiając niczego w sferze domysłów lub choćby delikatnych sugestii. Co niewypowiedziane, tego nie ma. Niektórzy twierdzą jeszcze, że całość ratuje Fassbender, ale dla mnie pupilek Hollywood gra nieprzekonująco i sztucznie. Bynajmniej nie dlatego, że gra tu sztucznego (wink, wink) człowieka.

Na plus na pewno zaliczyć można wizualia i efekty dźwiękowe. Ridley dalej jest doskonałym rzemieślnikiem i tego odmówić mu nie można. Dobrze wie, gdzie nie pokazać za dużo, a gdzie w miejsce rozdmuchanej ścieżki dźwiękowej wstawić niepokojącą ciszę. Ale to za mało, by wyjść z seansu zadowolonym.

Kończąc ten festiwal frustracji zapytam tylko retorycznie: drogie Hollywood, czy wy wstydu nie macie? Kiedy wreszcie przestaniecie żerować na naszych sentymentach, podając nam coraz mniej strawną papkę. Przecież nie chodzi o to, że musi być ambitnie. Ale ciągle, niezmiennie musi być dobrze.