Od bardzo dawna nie jeżdżę już na konwenty bardzo rzadko pojawiam się na konwentach. Z roku na rok znajduję tam coraz mniej powodów, dla których miałabym to robić. Bynajmniej nie dlatego, że z wiekiem interesuję się fantastyczną tematyką coraz mniej, a wręcz przeciwnie – mam wrażenie, że to konwenty nie idą z duchem czasu.

Już kilka dobrych tygodni zabieram się za napisanie tekstu o tym, co boli mnie we współczesnych konwentach ogólnofantastycznych. Po drodze, jak na pewno wszyscy dobrze wiecie, zaliczyłam Poznań Game Arenę razem ze Zjazdem Twórców Gier, czyli od 3 lat dwa obowiązkowe dla mnie geek-wydarzenia.

I tak sobie pomyślałam, że dobrze zorganizowana impreza gamingowa / gamedevowa jest doskonałym odniesieniem do tego, w jaki sposób mogłyby być organizowane konwenty ogólnofantastyczne.

 

Po pierwsze, prelekcje

Tak, ja też jeżdżę na konwenty dla znajomych, problem w tym, że dużo wygodniej i lepiej spotyka mi się z nimi w innych okolicznościach przyrody, niekoniecznie wydając kasę na imprezę, z której w ogóle nie skorzystam czy też śpiąc w klasie / na sali gimnastycznej z imprezującymi do białego rana współspaczami. Dla mnie po prostu równie ważne jak to, KOGO spotkam, jest fakt CO zobaczę i JAK się będę bawić.

I tu przechodzimy do rzeczy, która na konwentach, nawet największych (one nazywają się „festiwalami”…) ciągle kuleje.

Przede wszystkim, odwoływanie punktów programu. Sprawa nagminna, typowa dla konwentów i zazwyczaj przyjmowana wzruszeniem ramion. Rzecz nie do pomyślenia na częściach konferencyjnych targów gier, gdzie wszystko zawsze dopięte jest na ostatni guzik.

konwent_by_IK_1

Do tego poziom wygłaszanych na konwentach „prelekcji” (cudzysłów zamierzony) – tworzonych często przez osoby nie mające zielonego pojęcia o tym, o czym mówią, tworzone naprędce z randomowych materiałów lub bogatego doświadczenia grającego całe 3 miesiące w RPGi 16-latka. Wszystko w imię zaoszczędzenia kilkunastu złotych na wejściówce.

Nie, nie powiem, że kiedyś było lepiej, bo mam wrażenie, że konwenty od zawsze borykają się z tym problemem. Tylko, że kiedyś, gdy internet można było co najwyżej powąchać przez szybkę, takie przekazywanie wiedzy „od fanów dla fanów” miało większy sens. Dziś, gdy wiele prelekcji to po prostu śmieci znalezione w internecie i przygotowane byle jak, od konwentów oczekiwałabym już czegoś więcej. Merytoryczności, dobrych i fajnych mówców, ciekawych i pogłębionych tematów.

Czyli, po prostu – zweryfikowanych, dobrych prelegentów. Takich, którzy na swojej prelekcji się pojawią, opowiedzą coś czego nie można znaleźć na dowolnym blogu rpgowym lub co nie jest sparafrazowanym artykułem z archiwalnych MiMów. Treści, które poszerzą wiedzę, rozwiążą jakiś problem, wniosą wartość.

Jak najprościej? Dobrą Radą Programową, jak chociażbym na tegorocznym Zjeździe Twórców Gier. Rada zajmowała się wstępną weryfikacją nadsyłanych treści, co oznaczało, że nie pojawiali się tam ludzie „z ulicy”. Zgłoszenie prezentacji było zresztą poprzedzone mocnym „wywiadem środowiskowym” – kto zacz, jaką ma wiedzę, co sobą reprezentuje, czy prelegował już wcześniej i czym konkretnie może podzielić się z uczestnikami.

Tymczasem mam wrażenie, że taką weryfikację robią tylko duże konwenty, a i tak nie wszystkie. Prelekcje wrzucane są byle jak, byle gdzie, do nadmuchiwanych na siłę kolejnych bloków programowych. Byle więcej, niekoniecznie lepiej.

A przecież można by próbować zadbać o dobre, merytoryczne wystąpienia – ludzi, którzy opowiadać lubią i potrafią, którzy w fandomie już błysnęli – w dowolny sposób. Fajnym rozwiązaniem jest też dodatkowe motywowanie prelegentów do wysiłku, poprzez ustanowienie na przykład nagrody za najlepszą prelekcję, czy przeprowadzenie krótkiej ankiety wśród uczestników wraz z publikacją informacji o najlepiej ocenianych wystąpieniach. Małe rzeczy, a zrobiłyby wiele dobrego dla jakości prezentowanych treści.

Strasznie żałuję, że konwenty tak mało skupiają się na tym, co kiedyś było największą ich wartością – dzieleniu się wiedzą w grupie zafascynowanej podobnymi tematami ludzi. I że organizatorzy sami mocniej nie zabiegają o dobre nazwiska i fajne prezentacje.

 

Po drugie, zakres tematyczny

Tu z targów gier po prostu czerpię wprost – gry komputerowe, podobnie jak planszówki, karcianki, bitewniaki są przejawem – i to coraz ważniejszym – szeroko pojętej okołofantastycznej subkultury. Od bardzo długiego czasu nie mogę się pogodzić, że – tak jak 15 lat temu – ich istnienie na konwentach sprowadza się do lichej (no bo kogo stać na inną?) salki z 3 komputerami na krzyż albo (już nieco lepiej wyposażonej) salki retro.

konwent_by_IK_2

Kompletnie nie mieści mi się w głowie, jak można tak ostentacyjnie omijać duży – było nie było – kawał naszych zainteresowań. Nie, nie trafia do mnie argument, że „nie o tym są konwenty fantastyki”. Może o tym nie były 15 lat temu, bo i gry u nas raczkowały, ale dziś? Aż prosi się o osobny, fajny blok dotyczący elektronicznej rozrywki! A jeśli nie blok, to chociaż nieco więcej elementów w programie niż tylko wspomniane wyżej salki.

Zresztą, nie tylko o gry tu chodzi – dobrych punktów związanych z grami karcianymi, planszowymi czy bitewnymi (innymi niż turnieje niszowych planszówek, na które nikt nigdy nie przychodzi) można szukać ze świecą. I to zgaszoną. Mam wrażenie, że twórcy konwentów zamknęli się w jednym, dość ograniczonym spektrum tego, co fantastyką jest, a co nie i nie mogą (albo zwyczajnie nie chce im się) spróbować czegoś innego i nowego.

A konkurencja na konwentowym rynku jest przecież spora i z powodzeniem można byłoby w ten sposób odróżnić się od innych. Może jednak warto?

 

Po trzecie, nowoczesne technologie

W zasadzie chyba powinnam powiedzieć – po pierwsze i najważniejsze, bo nic mnie nie wkurza tak, jak młodzi, obeznani z nowymi technologiami organizatorzy konwentu, którzy podczas przygotowywania tegoż nagle dostają jakiejś zbiorowej amnezji i komputerowego zidiocenia. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić, z jakich masochistycznych pobudek ciągle jeszcze na konwentach pokutują informatory (zazwyczaj brzydkie, pełne literówek i już w dniu konwentu nieaktualne, bo – patrz punkt pierwszy) i dlaczego, najzwyczajniej w świecie, nie można spróbować ogarnąć prostej aplikacji mobilnej (patrz tegoroczna aplikacja Poznań Game Arena), albo – w ostateczności – dobrej strony mobilnej z programem online (patrz świetnie rozpisany program Zjazdu Twórców Gier czy mobilne www.pga2014.pl), a nie tabelką skleconą naprędce w Wordzie i podaną (nie daj Panie Boże!) w PDFie.

To naprawdę nie jest takie trudne, jak się wydaje – wordpressowych szablonów przystosowanych do wyświetlania na komórce jest od groma, a i wśród krewnych i znajomych organizatora NA BANK znajdzie się ktoś, kto jednak umie w internet i poradzi co nieco.

Bo naprawdę, strony internetowe na ramkach, nieaktualne informatory i ogólna indolencja internetowa po prostu przyprawia o ból zębów. Serio, serio. I wy, i ja żyjemy w czasach, gdzie pewne rzeczy są już na porządku dziennym, a fantaści (wbrew pozorom) nie zatrzymali się w średniowieczu i z nowoczesnych technologii korzystać potrafią. Tymczasem organizatorzy konwentów zdają się ciągle tkwić w czasach, gdy informacje przekazywano sobie gołębiem pocztowym.

konwent_by_IK_3

Pod tym względem młodsze targi gier i spotkania graczy wygrywają na całej linii – nie tylko wiedzą, w jaki sposób ułatwić życie sobie i uczestnikom poprzez wykorzystanie najpowszechniejszych obecnie kanałów komunikacji, ale także umiejętnością zabiegania o uczestnika w najskuteczniejszych ku temu kanałach komunikacji.

Hint: tak, też w internecie.

I tak, z tym marketingiem konwentowym też mamy straszny problem. Ale to chyba pomysł na zupełnie inny wpis.

 

Po czwarte, biznes

Nie miałam w planach tego podpunktu, ale przyszedł mi do głowy w trakcie szukania podobieństw i różnic konwentów i targów gier video.

Tak myślę, że dobrym pomysłem jest też jednoczenie ogólnofantastycznej branży – wydawców, pisarzy, twórców gier czy RPGów, a nawet niezależnych studiów indie tworzących gry video. Bo przecież, podobnie jak w elektronicznym odłamie naszej ulubionej rozrywki, mamy sporo ludzi, którzy tym hobby zajmują się komercyjnie. I którzy na pewno szukają partnerów czy nowych branżowych sojuszy. Dlaczego nie mogliby mieć swojego małego, biznesowego kącika, dzięki któremu mogliby łatwiej zawiązywać profesjonalne relacje przyjaźnie?

Być może nawet, wzorem targów właśnie, warto byłoby na większych konwentach dać im szansę na networking na imprezach towarzyszących, zadbać o nich w wyjątkowy sposób, by wspierać wymianę myśli, idei i w konsekwencji – inspirować do tworzenia lepszych projektów komercyjnych, z korzyścią dla nas, klientów.


Wymieniać można byłoby jeszcze długo. Ale nie o to chodzi.

Ja po prostu bardzo chciałabym, żeby konwenty, spotkania fantastów i RPGowców zawalczyły trochę mocniej o komercyjnego uczestnika. Jestem zupełnie poza dyskusją, czy konwenty powinno robić się „do wewnątrz”, czyli dla tych, co już się interesują, czy „na zewnątrz”, czyli dla wszystkich innych. Wiem tylko, że w obecnej formie nie są dla mnie kompletnie atrakcyjne – nie ze względu na znużenie tematem, ale na sposób, w jaki temat podają.

Dobrze byłoby, gdyby spotkania fantastów czerpały jednak z doświadczeń młodszych, growych kolegów – bo dziś target młodych ludzi grających w gry video i tych, którzy wolą RPGi papierowe wcale nie jest tak różny.

Szkoda byłoby, gdyby hobby na którym się wychowałam, przegrało walkę z czasem.  Bo przecież w ostatecznym rozrachunku liczy się dobra zabawa, nie utarte schematy.

Kto jak kto, ale osoby, których ulubionym hobby jest zabawa z wyobraźnią, powinny wiedzieć to najlepiej.

 

P.S.: Wszystkie wykorzystane w tekście zdjęcia dzięki uprzejmości Informatora Konwentowego (autor: Jakub „Borg” Rzepecki). Mimo, że pochodzą z jednego, konkretnego konwentu, nie mają na celu piętnowania go, ale odniesienie się do całej kategorii imprez tego typu. Peace, love & ogórki.

Foto główne: strona Gamescomu. Podkradłam, przepraszam.