Kto śledzi polskie portale technologiczne i często zagląda na Google Play na pewno zauważył, że Wielki Brat wreszcie przypomniał sobie o zapyziałej Polsce i raczył odpalić swój muzyczny projekt – Google Music.

I wiesz co? Mam w nosie, że tak późno, bo zapowiada się na najlepszą usługę do streamingu muzyki ever.

Google długo kazało nam czekać na swoją kolej, ale nie sądziłam, że kiedy to wreszcie zrobi, tak mocno zawładnie moim serduchem!

No bo, umówmy się – Spotify jest ok, ale był dla mnie bardziej wyborem z braku innej opcji – gdy chciałam posłuchać czegoś w pracy. Korzystałam głównie z darmowej wersji, więc nie uświadczyłam w pełni „dobrodziejstw” tej usługi. Kiedy poważnie zaczęłam się zastanawiać nad opcją premium (głównie do zapisywania w telefonie list offline), pojawił się googlowy konkurent. I są trzy powody, dla których może stać się moim numerem jeden.

1. Większa baza muzyki

To oczywiście subiektywna opinia, ale po dwudniowym obcowaniu z różnymi stacjami radiowymi (uwielbiam szukać nowej muzy!) mam wrażenie, że jest jej jakby więcej i bardziej różnorodnej. To super, bo w pewnym momencie na Spotify zaczęli mi się przewijać w kółko Ci sami artyści.

Czy tak jest fakycznie, pokaże kolejnych kilka tygodni. ;)

google_play_1

 

2. Muzyka na zawsze (?)

Kilka razy mnie i moim znajomym zdarzało się już, że albumy i wykonawcy nagle znikali ze Spotify. Prawdopodobnie ma to związek z podpisywaniem przez firmę umów na konkretną ilość odsłuchań. Podejrzewam, że Google Music tego błędu nie popełni (wszak można u nich kupić odsłuchiwane albumy, więc nie spodziewam się, by w ten sposób podcinali sobie skrzydła).

3. Lepsze propozycje

Wiadomo, że najlepszy algorytm podpowiadania muzy na podstawie Twojego gustu ma Last.fm. ;) Twórcy nie zadbali jednak niestety o wygodne radio, więc w codziennym poszukiwaniu dobrych wykonawców na niewiele się przydaje. Natomiast to, co proponowało Spotify naprawdę woła o pomstę do nieba. Wykonawcy, których znam, pojawiający się w propozycjach (ładna mi to funkcja „Odkrywaj…”), często kompletnie nietrafione tytuły plus stosunkowo mało różnorodna baza sprawiały, że zaczęłam się kisić we własnym sosie.

google_play_2

 

Google Music na początku przygody pyta od razu o ulubione gatunki i wykonawców i na tej podstawie tworzy pierwsze propozycje. Dość trafione, szczególnie jeśli chodzi o stacje radiowe niebędące stacjami poszczególnych wykonawców. Bardzo na plus. Jeśli dodamy do tego fajną opcję szczęśliwego trafu, która odpala muzę na podstawie całości Twojego gustu muzycznego… Mogłabym tak zachwycać się w nieskończoność. ;)

Po raz kolejny czas pokaże, czy  miałam rację.

4. Cena

15,99 za All Acess (pełen dostęp do wszystkich funkcji serwisu), jeśli zapiszesz się do 15 sierpnia kontra 19,99 za podobną usługę w Spotify. No chyba to jasne. ;)

Ale w tej beczce (beczce? Morzu chyba!) miodu jest też łyżka dziegciu. A nawet dwie:

1. Brak desktopowego klienta

Nie rozumiem, jak komuś mogło przyjść do głowy, że słuchanie muzy w stale otwartej przeglądarce może być wygodne! Rozumiem, że Google stawia głównie na urządzenia mobilne (gdzie apka oczywiście jest) oraz że to część jej polityki (choć Dysk Google ma desktopową aplikację i żyje), ale w przypadku, gdy muzyka towarzyszy mi przez cały dzień w pracy, to wręcz mus! Wprawdzie są rozwiązania autorskie, jak na przykład ten nieoficjalny desktopowy player do Google Play, ale wolałabym takie programy pobierać u źródła.

2. Brak integracji z Last.fm

Last.fm to taki Twitter dla piosenek. ;) W każdej chwili mówi Ci, czego w danej chwili słuchałeś, wszystko to archiwizuje i przy okazji – tworzy OBŁĘDNE rekomendacje. Ileż ja muzyki dzięki temu poznałam, nie zliczę! Dlatego integracja z Lastem jest dla mnie bardzo ważną rzeczą.

Niestety, Google Music nie posiada tej opcji – co z mojej perspektywy jest bardzo dużym błędem. Czy przeważającym? Zobaczymy.

Na razie jestem bardzo pozytywnie nastawiona do nowej usługi Google.  A Ty? Jak zapatrujesz się na Google Music? Daj znać w komentarzu!

Fota: Meyer Felix via photopin cc