Wreszcie. Stało się. Położyłam łapki na najbardziej wyczekiwanej przeze mnie premierze ostatnich dwóch lat. Zachwyciła mnie na E3 w 2015, rozczarowała na E3 w 2016. Teraz wreszcie, dzięki zamkniętym testom wersji alpha, mogłam skonsumować mój słodko-gorzki związek z For Honor, symulatorem wojownika od Ubisoftu.

For Honor to gra nastawiona na rozgrywki multiplayer, w której wcielasz się w jedną z trzech frakcji: rycerzy, samurajów lub wikingów. Jej wyróżnikiem jest unikalny, nastawiony na umiejętności system walki (w lengłydżu: skillowy ;)), w którym nie ma miejsca na randomowe machanie mieczykiem. Walcząc, przybrać możesz trzy postawy: broń z lewej, z prawej i nad głową. W każdej postawie można atakować lub się bronić – zarówno silnym, jak i słabszym atakiem. Walka polega na przewidywaniu ruchów przeciwnika i uderzaniu wtedy, kiedy ten jest odsłonięty. To dużo bardziej taktyczna rozgrywka niż w zwykłych grach akcji fantasy.

Tyle o podstawach, które w zasadzie wystarczą, żeby poradzić sobie w grze. „W zasadzie”, bo For Honor to typowe easy to learn, hard to master. Do trzech „stancji” dochodzą bowiem kombinacje ciosów (może nie tak skomplikowane jak w Mortal Kombat, ale zawsze), przełamywanie bloku, odrzucanie przeciwnika, skille (których każda z postaci ma cztery), wreszcie zupełnie inne style gry, zależne od wybranej frakcji i wojownika.

Brzmi dobrze? No jasne, że tak! Ja dla For Honor straciłam głowę już rok temu. Hype wzrósł tylko, gdy udało mi się ograć wczesną alphę na Gamescomie w zeszłym roku. Wprawdzie na E3 w 2016 zrzedła mi trochę mina, gdy usłyszałam o trybie fabularnym (po co…?), na szczęście właśnie zakończona zamknięta alpha oferowała wyłącznie tryb online. A czy te same emocje..?

Co zaskakujące, zamknięta alpha od tej gamescomowej nie różniła się… niczym. Powitał mnie ten sam samouczek i dokładnie to samo pole bitwy, co w zeszłym roku. Poczułam się jak w domu. Jednocześnie mocno mnie to uspokoiło – widać, że Ubisoft nie stara się wynaleźć koła na nowo i od początku ma konkretny pomysł na ten tytuł.

Rozbudowano za to samą metagrę – czyli wybór postaci i ich rozwój. Do dyspozycji w alphie miałam 6 różnych wojowników z trzech wymienionych wcześniej frakcji. Trzy z nich odblokowane były od razu, trzy dostępne do kupienia za walutę zdobywaną w grze.

for_honor_closed_alpha

 

Każda z postaci to inny styl walki. Teoretycznie rycerze są najbardziej zbalansowani i wszechstronni, Wikingowie tankują, a samuraje są zwinni i szybcy. Zmienia się to zupełnie po odblokowaniu dodatkowych wojów, bo mamy i szybkiego Wikinga, i cięższego rycerza. Dodatkowo ich zachowanie na polu walki modyfikowane jest przez trzy umiejętności, jak w grach typu MOBA odblokowywanych wraz ze zdobywaniem doświadczenia w konkretnym meczu. Ale to nie koniec zabawy! Poza grą nasi wojowie również zdobywają doświadczenie. Im większy poziom, tym więcej umiejętności w ramach danego „slotu” mamy do wyboru przed meczem. Slotów jest, jak wspomniałam, cztery, a umiejętności pasujących do każdego slotu – trzy. Do tego dochodzą wspomniane już kolory, wzory na tarczę i elementy pancerza oraz broń, modyfikująca cechy każdej z postaci.

Ufff, sporo nagadałam się o metagrze, pora na mięso. ;) Mięso w alphie składało się z trzech trybów: 1v1 (zwykłe pojedynki, best of 5), 2v2 (też zwykłe pojedynki best of 5, ale zwycięzca jednego z pojedynków dołączał do kolegi, który jeszcze się tłucze się z nieprzyjacielem) oraz mojego ulubionego, 4v4 (Dominion).

Ten ostatni to wariacja na temat trybu dominacji. Zadaniem czteroosobowej drużyny jest przechwycenie i utrzymanie maksymalnie 3 punktów. Zajmowanie punktów A i C to standard, B natomiast jest „frontem” na którym oprócz naszych bohaterów ścierają się również NPCe/miniony (znów jak w grach MOBA). Co ciekawe, po zdobyciu przez drużynę tysiąca punktów mamy do czynienia z tzw. „przełamywaniem” (lub „breaking” – nie wiem w sumie, jak to się będzie nazywać w polskiej wersji gry, więc uprawiam radosne słowotwórstwo). Zmienia się wtedy sytuacja na planszy – zamiast czekać aż wygramy na punkty, możemy po prostu wyrżnąć drużynę przeciwnika (od tej pory nie mają możliwości wskrzeszania się). Fajny i oryginalny pomysł, który mocno dynamizuje rozgrywkę i stawia na pojedynki zamiast okopywanie się na punktach.

Podczas większych starć najbardziej błyszczy gameplay. To tu najwyraźniej widać „symulator rycerza”: jedna osoba rzadko kiedy ma szansę z dwoma przeciwnikami (jak to drzewiej bywało), z drugiej strony wielu wojów atakujących jedną bezbronną osobę może samemu się poharatać (tak, jest coś na kształt friendly fire). Przez to starcia, nawet gdy dzieje się dużo, muszą być przemyślane – czy na pewno powinnam wskoczyć do walki w tym momencie, a może poczekać, aż mój sprzymierzeniec zmęczy trochę przeciwnika? Czasem też kilka dobrych uników i jeden silny cios przesądzi o wygranej w nawet najbardziej beznadziejnej potyczce. I choć nigdy na prawdziwym polu bitwy nie byłam, wyobrażam sobie, że tak właśnie mogłoby to wyglądać. I jestem zachwycona.

Jak bardzo, możesz sprawdzić na nagraniu z mojego lamerskiego streama ;)

Na koniec łyżka dziegdziu w beczce miodu. To, tradycyjnie, problemy z połączeniem. Mnie zdarzały się krótko i stosunkowo rzadko, ale Reddit pełen jest narzekań osób z krajów z gorszym internetem. Składam to oczywiście na karb alphy – myślę, że czas na stres testy serverów będzie dopiero w otwartej becie.

Niespecjalnie czuję też dwa duelowe tryby – mam nadzieję, że w pełnej wersji gry dostępnych będzie dużo więcej wieloosobowych potyczek, inaczej For Honor może się szybko znudzić. Z drugiej strony nadzieję daje rozbudowana metagra – pytanie, na ile wystarczy? Bo mnie, niespecjalnie lubującej się w statystykach, na pewno nie na dlugo.

I jeszcze w kwestii podsumowania. For Honor to gra, która powinna zostać exclusivem na konsolę. Nie dlatego, że jestem PlayStation fangirl (bo jestem ;)), ale dlatego, że gra daje najwięcej satysfakcji, gdy najpierw miażdży cię poziomem trudności, a potem stopniowo uczy, jak być coraz lepszym. Mam wrażenie, że na myszce i klawiaturze dużo szybciej nauczyłabym się szybkich bloków, ataków i dynamicznej walki. Na z zasady mniej precyzyjnym padzie, złapanie flow będzie dawać o wiele więcej satysfakcji, bo będzie po prostu trudniejsze.

Tak czy tak – na For Honor czekam tak samo mocno, jak rok temu. Dziś już chyba mocniej. Jak dobrze, że wychodzi w Walentynki 2017 roku. Prezent dla Konkubenta (i siebie samej) mam tym samym z głowy. ;)