Zanim śmiertelnością bohaterów zachwycała nas Gra o Tron, zanim zachwycaliśmy się Daredevilem i Westworld, zanim oglądanie seriali przestało być domeną kur domowych i stało się pozycją obowiązkową każdego fana popkultury, były ONE. Cudowne, często niskobudżetowe, a jeszcze częściej – do bólu sztampowe seriale, obok których jednak nie można przejść obojętnie.

Dzisiaj z rozrzewnieniem wspominam, jak z wypiekami na twarzy oglądałam kolejne odcinki Robina z Sherwood, zachwycałam się efektami specjalnymi (;)) w Xenie i Herkulesie, chowałam za poduszkę ze strachu, gdy leciało Miasteczko Twin Peaks.

I nawet teraz, gdy budżety seriali przekraczają te filmowe, a w obsadzie można spotkać oskarowych aktorów, warto wrócić do czasów, kiedy było skromniej, choć nie mniej ciekawie.

Oto subiektywny wybór najlepszych seriali mojej młodości (czyli tych, które w Polsce pojawiły się na przełomie lat 80. i 90.). To lista autorska, możesz więc na niej nie znaleźć ulubionego tytułu – ale śmiało podziel się nim w komentarzach! Chętnie powspominam razem z Tobą. :)

 

Robin z Sherwood (1984-1986)

Najlepszy serial o Robin Hoodzie. I kropka. Jako nastolatka uwielbiałam historię sprawiedliwego bandyty i podkochiwałam się w Kevinie Costnerze z hollywoodzkiego filmu. Robina z Sherwood obejrzałam na TVP3, a porządnie odświeżyłam dopiero w okolicy studiów. Skusił mnie soundtrackiem Clannadu, ulubionego zespołu grającego muzykę celtycką. No i sentyment, oczywiście. Na szczęście w Robinie z Sherwood zagrała dobrze nie tylko muzyka.  To świetnie, jak na swoje czasy, zrealizowany serial, z ciekawymi bohaterami i przepiękną scenerią. Szkoda tylko zmiany odtwórcy głównej roli w trzecim sezonie. Michaela Praeda zastąpił wtedy syn Seana Connery’ego, nie grający tak charyzmatycznie jak ojciec, niestety… Na pocieszenie zostawiam czołówkę z bardzo charakterystyczny kawałkiem.


 

Czarna Żmija (1983-1999)

Brytyjski serial komediowy, a w zasadzie antologia seriali, o przebiegłym rodzie Czarnej Żmii. Jeśli do tej pory wydawało ci się, że Rowan Atkinson potrafi być tylko głupawym Jasiem Fasolą (oj, jak ja nie lubię tego bohatera!), to Czarna Żmija pokaże, jak bardzo się mylisz. W serialu poznajemy perypetie rodu Black Adderów od średniowiecza aż do I Wojny Światowej, a wszystko to w towarzystwie znakomitej obsady (Hugh Laurie!) i dobrego, angielskiego humoru. No i po raz kolejny – piosenka z serialu!


 

Miasteczko Twin Peaks (1990-1991)

Kolejny serial, który odświeżałam na studiach i kolejny, który zupełnie się nie zestarzał! Psychodeliczny, mroczny klimat stworzony przez Davida Lyncha do dziś wywołuje ciary na plecach – jak większość jego filmów zresztą. Chyba każdy z nas podziwiał agenta Coopera i razem z nim próbował rozwiązać surrealistyczną zagadkę śmierci Laury Palmer. Nawet teraz, szukając materiałów do tekstu, pomyślałam, że warto byłoby obejrzeć go raz jeszcze – szczególnie przed planowaną w 2017 kontynuacją.  Swoją drogą, tylko David Lynch mógł sobie pozwolić na 3 minutowy opening do serialu…


 

Hercules (1995 – 1999)

Okej, zaczynamy krótki segment seriali żenujących, które zestarzały się brzydko, ale mimo to wciąż je kochamy.  Na pierwszy ogień – Hercules. Pierwszy serial okołofantastyczny, który oglądałam regularnie po powrocie ze szkoły, na Polsacie oczywiście. Jego emisja w Polsce przypadła na początki moich fascynacji grami RPG i fantastyką w ogóle, więc była to prawdziwa uczta dla młodego geeka. Te efekty specjalne, magia, charakteryzacja! Kto nie żył w czasach bez filmów i seriali Marvela, przed Władcą Pierścieni na dużym ekranie i Grą o Tron na małym, ten nie zrozumie, jakie to było odkrycie dla nastoletniego dzieciaka. Dziś, oczywiście, oczy krwawią. Ale przeżyjmy to jeszcze raz z cudownie kiczowatym intro:

 

Xena: Wojownicza księżniczka (1995 – 2001)

Skoro mężczyźni mieli własnego herosa, musiał pojawić się też żeński odpowiednik. W tym wypadku trafiło na Xenę, wojowniczą księżniczkę, która porzuciła drogę zła, by bronić niewinnych i słabych… Xena to spin-off Herculesa, bo właśnie w serialu o antycznym bohaterze pojawiła się po raz pierwszy. Ostatecznie na ekranach gościła dłużej i chyba bardziej przypadła do gustu widzom. W serialu podziwiać można było przepiękną Nową Zelandię, która potem została Środziemiem. Na samej Xenie i jej skórzanej zbroi też można było oko zawiesić. ;) Niestety, podobnie jak Hercules, serial zupełnie nie broni się po latach. Nie wspominając o koszmarnych zwrotach fabuły pod koniec jego żywota, łącznie z ukrzyżowaniem i zabijaniem bogów. To były czasy, kiedy telewizje jeszcze słabo potrafiły w seriale.

 

ALF (1986 – 1990)

Po kąciku seriali żenujących, coś naprawdę sympatycznego. ALF – kosmita o aparycji psa skrzyżowanego z mrówkojadem, a przy okazji ciepły i piękny rodzinny serial komediowy. Wydaje mi się, że nie przepuściłam żadnego odcinka emitowanego w telewizji, był to też mój pierwszy (i jedyny) regularnie zbierany komiks. Pamiętam, że odcinki, w których ALF tęsknił za domem, łamały mi serce. Wiem, że serial odświeża od czasu do czasu któraś z polskich telewizji – warto puścić własnym dzieciakom.

 

Z Archiwum X (1993 – 2002)

Biorąc pod uwagę, że dopiero co widzieliśmy (niezbyt udany) powrót serialu na antenę, w zasadzie nie powinien się tu znaleźć. Ale mam do niego ogromny sentyment, więc mam nadzieję, że nikt nie będzie mi miał tego za złe. Fascynacja Z Archiwum X przypadła na okres, gdy interesowały mnie sprawy związane z UFO i niewyjaśnionymi zjawiskami paranormalnymi. Tak, tak, był taki czas. :) Wtedy najbardziej lubiłam odcinki o Szarych właśnie, ale po latach najbardziej doceniam te, które potrafiły porządnie przestraszyć. A było ich całkiem sporo, przynajmniej dopóki serial nie zaczął zjadać własnego ogona. Po raz kolejny, dużą rolę w odbiorze całości odegrała znakomita muzyka Marka Snow – kiedy byłam mniejsza, bałam się jej tak bardzo, że chowałam się pod poduszką oglądając intro serialu.


 

Trzecia planeta od Słońca (1996 – 2001)

Kablówka w moim domu pojawiła się bardzo późno – pod koniec (8-klasowej) podstawówki, albo nawet na początku liceum. Dlatego Trzecią planetę od Słońca oglądałam bardzo wybiórczo i rzadko – akurat, gdy udało się na antenie (takiej zwykłej) złapać program, który ją nadawał. Z tego powodu o perypetiach kosmitów udających zwykłych amerykanów więcej słyszałam, niż faktycznie oglądałam. Pamiętam dosłownie pojedyncze odcinki, a mimo to darzę go mocnym sentymentem. Serial całkiem niedawno odświeżał FOX. Zachęcam, żeby sprawdzić, czy po latach dalej się broni.

 

Star Trek: Następne  Pokolenie (1987 – 1994)

Zdaję sobie sprawę, że Następne Pokolenie może nie być najlepszym sezonem Star Treka, nie bijcie fani. :)  To była moja ulubiona część, pewnie dlatego, że zobaczyłam ją jako pierwszą. Pamiętam, jak bawiliśmy się na podwórku w załogę Enterprise’a. Ja zawsze byłam niewidomym mechanikiem i zakładałam sobie opaskę do włosów na oczy (tak, wiem, to nie było zbyt mądre), żeby się do niego upodobnić. No i oczywiście, Picard jest dla mnie jednym słusznym kapitanem statku. I basta!