Jestem typem wiecznego odkrywacza. Zamiast trzymać się rzeczy starych i sprawdzonych, lubię odkrywać nowe i nieznane. To dlatego z reguły nie powtarzam filmów, seriali, książek. Ale od pewnego czasu coś w tym schemacie bardzo mocno się psuje. Winni? Spotify, Netflix i inne usługi subskrypcyjne.

Do napisania tego tekstu zainspirowało mnie obejrzenie Zoolandera. Tak. Obejrzałam głupawą (no sorry) komedię z wieloma gwiazdami i gwiazdeczkami showbizu tylko dlatego, że

a) mam Netflixa,

b) film akurat wyświetlił się w polecanych,

c) chciałam, żeby poleciało coś w tle, a akurat nie miałam ochoty na kolejny odcinek ulubionego serialu.

Czy świat się zawalił, że obejrzałam? No nie. Czy zrobiłabym to wcześniej z własnej, nieprzymuszonej woli, gdybym musiała pójść do kina/kupić DVD/wziąć film z internetowej wypożyczalni (;))? Absolutnie nie.

Kto jest winny? No, oczywiście ja, bo nikt mi pistoletu do głowy nie przyłożył. Ale prawda jest też taka, że Netflix z dobrymi serialami, zmyślnymi algorytmami, łatwością odpalenia go na konsoli (oh damn you!) i opłaconym abonamentem kusi, gdy chce się coś obejrzeć wieczorem. A że wybór ograniczony, to lubi się to, co się ma…

⇒ Czytaj też: HBO GO? HBO NO, czyli kablówko dlaczego nie chcesz moich pieniędzy?

Podobnie z muzyką. Nie pamiętam już, kiedy zasłuchiwałam się w ukochanych kapelach (TOOL!), bo nie ma ich na Spotify. Ogromna baza streamingowego giganta nie zawsze daje radę z artystami niszowymi, mniej popularnymi. I znów: płacę, Spotify ma wygodną aplikację i – w przeciwieństwie do Youtube – scrobbluje utwory do Last.fm, więc jestem mu wierna. Świadome używanie Spotify wymaga dyscypliny: zapisywania ulubionych artystów, klikania łapek w górę i w dół przy ulubionych utworach… Nikt nie ma na to czasu, a kolorowe okładki na pierwszej stronie kuszą. To dlatego w pewnym momencie zaczęłam odtwarzać głównie chilloutowe kawałki, które nijak mają się do mojego gustu muzycznego, za to stanowią dobre tło do pracy. Machina ruszyła. Potrzebowałam szybkiej muzyki do pracy, więc słuchałam tego, co akurat Spotify mi polecał, co skutkowało podobnym zestawem w ramach „Odkrywaj”. A ja słuchalam kolejnej starannie wyalgorytmizowanej playlisty wierząc, że przecież maszyna lepiej wie niż ja, co będzie mi się podobać, a co nie. Aż do chwili, gdy lista zupełnie nie odzwierciedlała moich muzycznych przekonań.

 

Zaletą, a jednocześnie wadą rozwiązań subskrybcyjnych jest fakt, że mamy złudne poczucie wszechdostępności.

Złudne, bo ani Spotify nie ma całej muzyki na świecie, ani w Netflixie (polskim czy jakimkolwiek innym) nie znajdziemy wszystkiego. Z drugiej strony, wybór jest ogromny. Jeśli w ten zbiór wpada się bez sprecyzowanych oczekiwań, łatwo dać się skusić „spersonalizowanym” wyborom, chwytliwym tytułom i ładnym okładkom. Zamiast obejrzeć dobry serial albo posłuchać ulubionego zespołu, kończymy (metaforycznie) na Zoolanderze i najnowszej płycie Rihanny. No dobra, Rihanna nagrała niezły album (;)), ale rozumiecie analogię.

Dotyka to nie tylko nas, ale i osoby, które kulturą zajmują się już prawie na cały etat. Zwierz Popkulturalny ostatnio przyznał, że dzięki Cinema City Unlimited po raz któryś w roku poszedł na polską komedię romantyczną. Akurat w przypadku Zwierza sytuacja jest jak najbardziej godna pochwały (tajemnicą poliszynela jest, że Zwierz nie jest człowiekiem, jego doba ma jakieś 50 godzin, dzięki czemu może oglądać tak dużo, a potem pisać cudowne notki), bo otrzymujemy potem uroczo zgryźliwe wpisy na temat kondycji polskiego kina lub powodów, dla których Bogów Egiptu należy zakopać na pustyni (niczym grę E.T.). Zupełnie inaczej wyglądałoby to ze zwykłymi zjadaczami chleba, niestety.

Wyobrażam sobie następujący scenariusz: zjadacz chciałby pójść do kina na jakieś s-f. W kinie nie leci nic oprócz którejśtam części Transformersów. Skoro bilecik w ramach Unlimited już jest, a popołudnie wolne, to dlaczegóżby nie pójść. Zjadacz następnie na filmie bawi się koszmarnie, wyklina samego siebie, a czas na następne kino znajduje dopiero za kilka tygodni, podczas gdy w tym czasie zdążono już powyświetlać drugą część Mad Maxa (oskarową!) i nowego Tarantino.

 

Choć upraszczam, prawda jest taka, że usługi streamingowe rozleniwiają.

Łapiesz, o co mi chodzi? Skoro mam dostęp do wszystkiego, zawsze, to sięgnąć mogę po to w każdej chwili. Często impulsywnie, bez researchu, przedkładając szybką rozrywkę nad szukanie i odkrywanie interesujących treści. Zapominając też, że gdzieś-tam jest więcej, niż katalog muzyczny, filmowy, a nawet książkowy poszczególnych dostawców. Że „dużo” nie znaczy „wszystko”. Że to, co poleca nam wydawca, zasadza się na niedoskonałych algorytmach, nie uwzględniając prawdziwych preferencji, ludziej zmienności i oryginalności.

Czy w takim razie należy spalić na stosie wszystkie usługi subskrybcyjne? Oczywiście, że nie. Należy myśleć, jak przy wszystkim. Bo przecież nie jest tak, że Spotify czy Netflix to zło wcielone (no dobra, HBO GO jest, ale to temat na zupełnie inną notkę). Dzięki przypadkowej klikaninie nieraz znalazłam ciekawe playlisty, a video gigant uraczył mnie ciekawymi filmami dokumentalnymi, których normalnie nie obejrzałabym w piątkowy wieczór.

No i na Spotify jest jeszcze najlepsza na świecie playlista piosenek z gier. ;)

 

Chodzi tylko o to, by świadomie podchodzić do konsumowania kultury, nawet jeśli jest to wyłącznie kwestia wyboru „filmu do prasowania” czy „muzyki do pracy”. Bo może okazać się, że skończycie ze składanką piosenek Biebera albo durną komedią Adama Sandlera. I nie będzie to jedyny raz.

Daj znać, czy też czasem łapiesz się na kulturalnym popuszczaniu pasa. Pomotywujmy się razem. :)