Luty skończył się tak szybko, że aż trudno uwierzyć. Jeszcze tylko kilkanaście dni i (kalendarzowa) wiosna! W tym roku tak wyczekuję ciepełka, że może na tym ucierpieć moja popkulturowa aktywność. Jak tylko nadejdą bardziej przyjazne temperatury, mam zamiar spędzać na dworze niezliczone ilości godzin.

Ale zanim to nadejdzie, nadrabiam oczywiście wszystko co dobre w popularnej kulturze. Oto kilka moich mini-recenzji z zeszłego miesiąca:

YAY!

Deadp

[Film] Deadpool, reż. Tim Miller[/fusion_highlight]: chociaż Deadpool zadebiutował dopiero w połowie lutego, to mam nieodparte wrażenie, że pisanie o nim szerzej to byłby spory sucharek. Czyli bardzo, bardzo krótko: tak, podobał mi się, tak, byłam pozytywnie zaskoczona, że udało się zrobić ten film bez (dużych ilości) kloacznego humoru, tak, obejrzałabym jeszcze raz.

Przy okazji koniecznie przeczytaj też tekst o najlepszych gadżetach z Deadpoolem z polskich sklepów.

 

Marco-Polo

[/fusion_builder_column][fusion_builder_column type=”1_1″ background_position=”left top” background_color=”” border_size=”” border_color=”” border_style=”solid” spacing=”yes” background_image=”” background_repeat=”no-repeat” padding=”” margin_top=”0px” margin_bottom=”0px” class=”” id=”” animation_type=”” animation_speed=”0.3″ animation_direction=”left” hide_on_mobile=”no” center_content=”no” min_height=”none”][fusion_highlight color=”#f7f7f7″ rounded=”no” class=”” id=””][Serial] Marco Polo, Netflix [/fusion_highlight]: największe odkrycie serialowe ostatnich miesięcy. Myślę, że przebija nawet The Expanse, o którym pisałam w ostatnim Lubię / Nie lubię. Tym bardziej, że netflixowa okładka sugeruje kolejny lekki, łatwy i przyjemny serial w stylu niedawnych Muszkieterów. Otóż absolutnie nie! Przede wszystkim Marco Polo nie jest serialem o znanym włoskim podróżniku, ale o kraju, do którego trafił – czyli równie pięknej co egzotycznej Mongolii. Wszystkim, którym temat Marco nie leży, oświadczam z radością – jest go tam naprawdę malutko. Co za to jest? Historia sporu między Mongolią a Chinami w bardzo ważnym dla obu krajów czasie. Doskonale zagrane postacie – w 90% wyłącznie przez aktorów mongolskich i chińskich. Przepiękne kostiumy i wylewająca się z ekranu Mongolia czasów Kublai Khana (podobno oddana dość wiernie, zresztą). No i 10 godzinnych, trzymających w napięciu odcinków. Więcej nie powiem, bo mam zamiar poświęcić Marco Polo osobną notkę. Tak, to jest TAK DOBRY serial.

[Komiks] Ryjówka Przeznaczenia, Tomek Samojlik[/fusion_highlight]: no nie uwierzysz, ale faktycznie przeczytałam komiks. Tak od deski do deski. Pierwszy raz od dobrych 20 lat. ;) W związku z tym mam wiele różnych przemyśleń odnośnie czytania komiksów w ogóle, ale zostawię je na osobny wpis. A sama Ryjówka Przeznaczenia? To projekt Tomka Samojlika, pierwsza część mini-sagi o dzielnych ryjówkach, które chcą uratować swój świat przed zagładą. Opowieść zarówno dla dzieciaków (mocno edukacyjny i ekologiczny wydźwięk), jak i dla ich opiekunów. Niesamowicie zabawna (kilka razy autentycznie śmiałam się na głos), bardzo ciepła, fajnie narysowana. Nie mam porównania z innymi komiksami, ale Ryjówka przeznaczenia zdecydowanie się broni.

 

smite

[Gra] SMITE, PS4[/fusion_highlight]: SMITE, czyli klasyczna MOBA z małym twistem – widokiem z 3 osoby. Na razie na konsoli w wersji Alfa, więc zdarzają się bugi, zwiechy i inne przypadłości wieku dziecięcego, ale mimo to wciąga jak bagno. Szczególnie, jeśli w gry typu MOBA grałeś już wcześniej. Trudno powiedzieć tu coś więcej niż to, że pod względem mechaniki SMITE jest udaną zżynką z League of Legends z kilkoma uproszczeniami (jak np. opcja automatycznego kupowania przedmiotów). Sama zmiana widoku z góry na ten zza pleców to już dostatecznie duża zmiana, by kombinować bardziej. SMITE dodatkowo wprowadza tryb areny, w którym pchanie linii zastępuje ciągły teamfight – każda drużyna ma za zadanie zredukować punkty przeciwnika do zera (zaczynamy z 500) poprzez zabijanie innych graczy i minionów. To zdecydowanie mój ulubiony sposób spędzania czasu w grze, swoją drogą. Kody na Alfę latają po internetach, więc jeśli będziesz mieć chwilę – zapraszam. ;)

Przeczytaj też tekst League of Legends vs. Heroes of The Storm – podobieństwa i różnice.

 

Meh…

hateful-eight

[Film] Nienawistna Ósemka, Quentin Tarantino[/fusion_highlight]: niech cię nie zwiedzie kategoria Meh…, bo nie chodzi tu o złe filmy/książki/gry, ale raczej o takie, o których nie mogę się zdecydować, co myślę. Tak właśnie (ciągle!) ma się sprawa z ósmym filmem mistrza Tarantino. Ciągle, bo od czasu premiery nie jestem w stanie do końca określić się, czy film mi się podobał bardzo czy wcale. Jak widzisz, rozdarta przez sprzeczne uczucia (tym intensywniejsze, że Tarantino jest moim ulubionym reżyserem), nie mogę wrzucić Nienawistnej Ósemki w inne miejsce niż to Meh-owe. Zdecydowanie mogę tylko odpowiedzieć na pytanie: „Czy warto obejrzeć ten film?”. Tak, warto, ale przede wszystkim jeśli jesteś fanem Tarantino. Ja sama będę musiała obejrzeć go drugi raz, żeby wreszcie wyrobić sobie o nim opinię.

 

tryglaw

[Książka] Xięgi Nefasa: Trygław – władca losu, Małgorzata Saramowicz: o najnowszej książce polskiej autorki horrorów pisałam już obszerną recenzję, teraz pozostaje mi tylko uzupełnić ją o jedno przemyślenie „po czasie”. Pierwszy tom Xiąg Nefasa dość skutecznie zatarł się już w mojej pamięci, mimo że przeczytałam go nie tak dawno temu. To nie jest zła pozycja: jest sprawnie napisana i ma fajny motyw przewodni, ale niestety, po chwili nie zostaje w czytelniku z niej wiele. Mam taką zasadę, że na swoją półkę z książkami stawiam tylko te, które uważam za autentycznie wartościowe. Xiąg Nefasa bym na niej nie postawiła, co nie zmienia faktu, że przeczytałam ją z przyjemnością.

 

fuller-house

[Serial] Fuller House, Netflix: [/fusion_highlight]Kontynuacja kultowej Pełnej Chaty spotyka się w internetach z ostrą krytyką. Tymczasem mnie oglądało się ten serial całkiem przyjemnie – chyba dlatego, że oryginał pamiętam mgliście i nie jestem w stanie porównać go dobrze z najnowszą produkcją Netflixa. Doceniam pomysł przeniesienia ciężaru historii na następne pokolenie (bohaterkami są już DJ i Stephanie Tanner oraz Kimmy Gibbler, a nie ich ojcowie i wujkowie), doceniam pukanie w (bo nie do końca łamanie) czwartą ścianę w postaci uszczypliwości w kierunku nieobecnych bliźniaczek Olsen oraz rebootów starych seriali w ogóle, doceniam niefrasobliwą fabułę, która idealnie wypełniała mi czas podczas układania puzzli czy sprzątania. Zastrzeżenia mogę mieć do słabiutkiego wątku romantycznego i dekoracji (szczególnie zewnętrza), ale nie jest to nic, czego nie spodziewałabym się po średniej jakości sitcomie. Bo takim Fuller House jest i nie należy spodziewać się niczego więcej.

 

Nay.

Nie ma! Yay! ;)