Marzec stał serialami. I Netflixem. Nic dziwnego, skoro wypuszczono kolejne sezony dwóch najważniejszych produkcji streamingowego giganta, czyli Daredevil i House of Cards. A ponieważ wszyscy wiemy, że przeciętny subskrybent Netflixa jest leniwy, więc w w podsumowaniu miesiąca nie będzie miejsca na wiele więcej. Nie mówcie, że nie ostrzegałam.

YAY!

house-of-cards-season-4

[Serial] House of Cards, Netflix[/fusion_highlight] – dawno, dawno temu położyłam kreskę na House of Cards. Dawno, czyli po trzecim sezonie, który powinno się zakopać głęboko pod ziemią i udawać, że nigdy go nie było. Nie miałam specjalnych oczekiwań względem części czwartej, tym bardziej, że nawet sama ekipa niespecjalnie w ten powrót wierzyła.

Na szczęście, wszyscy się myliliśmy. Najnowszy House of Cards wraca do korzeni, czyli do polityki. To właśnie jej, a konkretniej – trwającej kampanii prezydenckiej – poświęcona jest seria. Tym razem uczucia, relacje i dramaty ludzkie schodzą na dalszy plan. Nie tylko dlatego, że inaczej rozłożono akcenty, ale i dosłownie, w scenariuszu. Jeśli miałabym podsumować jednym zdaniem najnowsze House of Cards, byłby to „serial o tym, jak daleko ludzie są w stanie posunąć się dla władzy”. Granice wyznaczają tu, nie tak jak pierwszych sezonach – zabójstwa czy nikczemne knowania, ale złamane obietnice, bezduszność, kłamstwa i przemoc psychiczna. Zapewniam cię, że to najmocniejszy do tej pory portret współczesnej polityki. I o wiele, wiele straszniejszy.

Nowy House of Cards to dyplomacja, naginanie prawa, obietnice, szantaże polityczne… To nie jest sezon dla kogoś, kogo interesują wyłącznie ludzkie dramaty czy podłości. Choć sytuacja światowych mocarstw jest wymysłem twórców, 4. sezon wchodzi głęboko w politykę i wynudzi się ten, kto jej nie ceni. Ja bawiłam się wyśmienicie.

Daredevil2

[Serial] Daredevil, Netflix[/fusion_highlight]– to nie był najlepszy sezon Daredevila, choć w dalszym ciągu to najlepszy serial superbohaterski w ogóle. Przy czym, jest to seria tak dobra, jak napisani na jej potrzeby antagoniści. A w tym wypadku, Punisher wystarcza tylko na połowę sezonu. No i nie oszukujmy się, król jest tylko jeden i obecnie, bardzo wkurzony, siedzi w więzieniu.

Problemem Daredevila jest rozdźwięk między tym, czym serial był kiedyś, a tym, do czego zmierza. Serce fanów Śmiałek ujął kiedy nie starał się być komiksowy na siłę. W drugim sezonie wątki i uniwersum rozwijają się, naturalnym jest więc, że pojawić się musi więcej postaci znanych z analogowej wersji Daredevila. Problem w tym, że wraz z nimi nadchodzi przerysowana estetyka komiksowych opowieści o superbohaterach. Tak długo, jak obserwujemy Foggy’ego, Karen, zmagania sądowe bohaterów, a nawet i samego Punishera, wszystko jest po staremu. Gdy do akcji wkracza Elektra, ninja, starożytna Święta Wojna… Nie kupuję tego. Mam ochotę przełączyć na coś innego.

Z drugiej strony zmiana estetyki, inne rozłożenie akcentów – nawet i w ramach jednego odcinka – dobrze oddaje daredevilovy kryzys tożsamości. Czy powinien odrzucić wszystko i zostać nocnym mścicielem, czy może wrócić do miasta, by walczyć z nimi na mocy prawa? Dobrze oglądać Daredevila w rozterce, udane eksperymenty realizatorskie (scena na schodach!), porządne choreografie walk, nieźle zagrane postacie i świetne, noirowe zdjęcia. To ciągle jest dobry serial, z tym, że teraz trzeba mu trochę więcej wybaczyć.

Tak, Punisher zagrany jest po mistrzowsku.

kings_quest_1

[Gra] King’s Quest: #1 A Knight to Remember, The Odd Gentelmen[/fusion_highlight] – udane wskrzeszenie starej, dobrej przygodówki King’s Quest. Przynajmniej tak myślę, bo nigdy w pierwowzór nie grałam. Ale internety propsują. ;)

Nowy King’s Quest wydano w odcinkach, z czego pierwszy ukazał się już jakiś czas temu w ramach Playstation Plus. Jako, że ostatnimi czasy okoliczności były sprzyjające, pierwszą część rebootu ograłam i zachwyciłam się.

Gra jest epizodyczna, ale nie ma nic wspólnego z interaktywnym doznaniem filmowym, jakie serwują nam Telltale. By popchnąć dalej fabułę, należy wykombinować rozwiązanie: znaleźć przedmioty, połączyć je ze sobą, pogadać z kim trzeba i w odpowiedniej kolejności. Słowem: to przygodówka z krwi i kości.

A historia jest solidna; zaczyna się od walki ze smokiem, a potem napięcie już tylko rośnie. W grze wcielamy się w króla, a dokładniej w króla-wannabe, bo całość jest opowieścią władcy o jego drodze do tronu. Co ważne, historia nie jest spisana raz na zawsze i do rozwiązania problemów dojść możemy różnymi ścieżkami. Wprawdzie wybory czy pójść w prawo czy lewo nie będą miały większego wpływu na fabułę (ikoniczne „Postać to zapamięta” z telltalowych produkcji nie wisi nad głową), ale to potrzebny powrót do korzeni.

Pierwszy epizod (ograłam na razie tylko jeden) zabierze ci około 4-5 godzin gry i umili czas średnio trudnymi zagadkami, niezłym udźwiękowieniem (w roli starego króla Christopher „Great Scott!” Lloyd), niezłą grafiką i bardzo przyjemnym humorem.

Meh…

 

videogame_marketing_and_pr

[Książka] Videogame Marketing and PR: Vol. 1: Playing to Win, Scott Steinberg[/fusion_highlight] – wspominałam już nieraz, że zajmuję się marketingiem gier wideo i że bardzo lubię czytać branżowe (marketingowe, PRowe, biznesowe) książki. Tych o promowaniu gier wideo jest jak na lekarstwo, więc na Playing to Win dosłownie się rzuciłam.

Niestety, książka ma problemy. Dużo problemów. Wprawdzie daje cenne wskazówki… ale bez konkretów. Uczy jak radzić sobie z rynkiem… ale rynek sporo się od jej wydania zmienił. I przede wszystkim, w sposób karygodny, obsceniczny i nachalny reklamuje usługi doradcze firmy Steinberga. Przez 1/4 książki. Jasne, Steinberg może sobie robić ze swoją książką co chce, ale ja mogę jego zabiegi oceniać bardzo nisko. Nie tędy droga, proszę pana.

Mimo to, warto przeczytać chociażby dla rad prawdziwych tuzów branży w ostatnim rozdziale.

A najlepiej, to już w ogóle przeczytać polecane przeze mnie najlepsze książki gamedevowe na start.

 

Nay.

Pewnie byłby tu Batman v. Superman, ale postanowiłam na razie oszczędzić sobie cierpień i nie iść na premierę. Za to chętnie przeczytam, co ty masz o nim do powiedzenia. :)