O. Mój. Boże. Nawet nie wiesz, jak ja uwielbiam trafiać na takie perełki! Marco Polo wziął mnie z zaskoczenia, pozamiatał i niecierpliwie kazał czekać na więcej i więcej. Niepozornie wyglądający netflixowy kafelek, który zupełnie nie przyciągał, a dostarczył najwyższej klasy rozrywki.

Serial Marco Polo to jedna z najdroższych produkcji Netflixa (wydano na nią ponad 90 milionów dolarów), mimo to mam wrażenie, że nie zrobiła specjalnego zamieszania wśród miłośników seriali. Było o niej na tyle cicho, że zachęcił mnie do oglądania dopiero mój dobry znajomy. Wcześniej Marco Polo wydawał mi się lekkim, łatwym i przyjemnym serialem pokroju Muszkieterów. Niby okej, ale raczej do puszczenia w tle w trakcie gotowania czy wykonywania codziennych obowiązków. Na szczęście mocno się pomyliłam.

No dobrze, ale już do rzeczy.

marco-polo-kublai-khan

Marco Polo to opowieść, jak sama nazwa wskazuje, o znanym podróżniku i jego przygodach. Tylko pozornie, ale o tym za parę akapitów. Na potrzeby wprowadzenia wiedzieć musisz, że Marco wraz z ojcem i wujem przybywają na dwór Kublai Khana, mongolskiego władcy, potomka legendarnego Chingis-chana. Kublai to władca na wskroś nowoczesny (jak na XIII wiek, oczywiście), otwarty na inne kultury i wyznania: w jego dworze ministrem jest Arab, a syn wychowany został na chińską modłę. Nic dziwnego, że khan z radością wita wysłanników papieża (z taką właśnie misją wyruszyła do Azji rodzina Polo) i bez wahania zgadza się na przyjęcie zakładnika w osobie Marco, w zamian za otwarcie drogi na Jedwabny Szlak.

Takimi informacjami wita nas kilkanaście pierwszych minut serialu. Pachnie trochę Ostatnim Samurajem? Będzie jeszcze gorzej, bo już w pilocie Marco Polo uczyć się będzie… kung fu od chińskiego mistrza. Na szczęście jest źle, by już za chwilę mogło być lepiej.

Gdzieś między połową pierwszego odcinka a początkiem drugiego scenarzyści najwyraźniej zdecydowali, że nie tędy droga i zamiast opowieści o Wielkim Białym wśród dzikusów otrzymujemy przygodowy serial pełen intryg, polityki, rywalizacji, zamachów i miłości – zakazanej i prawdziwej. Co ciekawe, główny akcent położony jest nie na przygody samego Marco, a na rywalizację między dworem Kublaia a chińskim kanclerzem, pogardliwie nazywanym przez podwładnych Świerszczem. Wątków jest tu zresztą sporo: jest tajemnicza księżniczka z wyciętej w pień przez Mongołów dynastii, życie kobiet na dworze Kublaia, mistrz kung fu Sto Oczu, wojna domowa i pęknięcia w – z pozoru jednolitym – mongolskim państwie.

Marco pojawia się rzadko, bywają odcinki, że nie ma go prawie w ogóle – i to naprawdę nie przeszkadza. Niby w trakcie serialu zdobywa pozycję na dworze, a w finale odgrywa dość istotną rolę, ale nawet opowiedzenie całego wątku znanego podróżnika w szczegółach nie byłoby spoilerem do serialu, bo poza nim dzieje się o wiele więcej ciekawszych rzeczy. Mam zresztą graniczące z pewnością przekonanie, że pomysłodawca serii chciał po prostu nakręcić przygodowe kino w czasach Kublai Khana, ale nikt by mu na kino bez chociaż jednej „bladej twarzy” nie pozwolił. Dlatego historia Marco jest tylko pretekstem, a nie osią serialu. I dobrze, bo główna postać wypada słabo, nieco fajtłapowato, niepewnie: a to chlapnie coś, czego nie powinien był mówić, a to targany namiętnościami zrobi jakąś głupotkę. Nie wiem, czy to wina aktora, czy tak napisanej roli, ale oglądając Marco na ekranie mam wrażenie obcowania z niedojrzałym dzieciuchem, nie sławnym podróżnikiem.

Zdjęcie: Phil Bray dla Netflixa.

Niekwestionowanym królem całej historii jest bowiem Kublai, grany z poświęceniem przez Benedicta Wonga. Z poświęceniem, bo Wong do serialu przytył, zapuścił brodę i dopuścił do zrobienia ze swojej fryzury prawdziwej masakry na modłę mongolskich władców i wojów. Wong gra doskonale, portretując Kublaia jako władcę srogiego, wiernego tradycji, ale i czułego męża, wymagającego ojca i bezwzględnego polityka. Za wieloznaczne chrząknięcia i mruknięcia khana, znaczące często więcej niż tysiąc słów, aktorowi należy się zresztą nagroda. Albo i pięć.

Wongowi nie ustępuje Świerszcz, kanclerz Jia Sidao (Chin Han). Ciągle nie wiem, czy podziwiać spryt, kunszt i mądrość chińskiego polityka, czy nienawidzieć go za to, jakimi środkami osiąga swoje cele. To fantastycznie zagrana postać, którą kocha się i niecierpi jednocześnie. Bardzo wielowymiarowy antagonista, jakiego próżno szukać w hollywoodzkich superprodukcjach. Dobrze spisują się też kobiety – małżonka Khana Chabi, czy siostra Sidao, Mei Lin. Wiem, że internet zachwyca się też nauczycielem kung fu, Setką Oczu, ale dla mnie to zbyt klasycznie skrojona postać (Typowy Nauczyciel Kung Fu O Dziwacznym Pseudonimie), bym chciała pisać o nim więcej.

Na wyróżnienie za to zasługują stroje, scenografia i choreografia walk. Dobra fabuła i świetni aktorzy to w Marco Polo wyłącznie połowa sukcesu. No… może 3/4. Reszta to pieniądze i staranne ich wydawanie, które w serialu widać. Z mojego internetowego researchu wynika, że mongolska kultura przedstawiona została dość wiernie, więc oglądając będziesz mieć jedyną okazję przyjrzeć się tradycyjnym wschodnim ubraniom, fryzurom, pomieszczeniom, a także posłuchać tradycyjnej muzyki. Te elementy budują klimat, a po kilku intensywnych odcinkach trudno wrócić do brudnej, betnowej rzeczywistości. Muzyka zresztą to kolejna serialowa perełka – warto posłuchać jej na Spotify, by wczuć się w klimat, albo przynajmniej zapoznać się z płytą folk rockowego zespołu Altan Urag, którego przepiękne gardłowe piosenki również przewijają się w odcinkach.

jia sidao

Marco Polo nie jest serialem historycznym, nie ma też ambicji takim być. To świetne kino przygodowe, z pogłębionymi bohaterami i tak potrzebną w popularnym kinie zachodnim egzotyką. Mimo, że porównanie samo się narzuca, nie jest też kolejną Grą o tron (czy ja już mówiłam, że niecierpię określania w ten sposób co drugiego dobra kultury?), bo swoje wątki prowadzi oryginalnie, ciekawie, inspirując się kulturą i historią tak odległego dla nas świata.

Bez wahania powiem, że to jeden z najlepszych seriali, które na Netflixie możecie zobaczyć.

P.S.: Drugi sezon już w tym roku. Czekam!

Marco Polo: wersja TL;DR

O czym mowa? Serial Marco Polo autorstwa Netflixa
O czym to jest? Przygodowy serial o przygodach Marco Polo w Azji. Tylko że… wcale nie. Więcej w recenzji.
Dla kogo ten serial? Dla miłośników dobrych seriali przygodowych, pięknych kostiumów i pogłębionych bohaterów.
Do czego podobna? Do Gry o Tron, choć bardziej może do House of Cards. 
Czy warto obejrzeć? TAK, TAK, TAK!