Szok! Niedowierzanie! Skandal! Znaczący serwis o grach odważył się wystawić grze przez duże „G” najniższą możliwą ocenę! Media szaleją, kobiety mdleją, Sodoma i Gomora! Autorzy nie są rzetelni, recenzje nie są obiektywne, tylko… Zastanów się, czy na pewno powinny być?

Na pewno znasz już historię jedynki wystawionej najnowszej części Batmana przez pewien Znany Serwis o Grach. Przez serwisy branżowe, facebooki i społeczności graczy kilkanaście dni temu przetoczyła się gorąca dyskusja – że jak to? Jak można oceniać dobrą grę na podstawie jednego błędu? Ta recenzja jest nieobiektywna (sic!), nierzetelna i w ogóle należy ją raz na zawsze usunąć z internetu, zasypać popiołem, a autora wysłać do Australii.

….

Głowa mi wybuchła od tych wszystkich bzdur, więc postanowiłam raz na zawsze rozprawić się z wszystkimi opiniami w sieci i pokazać, jak według mnie wygląda recenzja idealna.

Ambitnie, ale ja ambitna dziewczyna jestem. ;)

1. Recenzje nie są obiektywne

Na litość boską, w której szkole uczyli Cię, że recenzja ma być obiektywna? Po prostu opada wszystko, od rąk po same zęby, jak widzę zarzuty o nieobiektywności recenzji. To tak, jakby powiedzieć, że gry FPS są złe, bo się w nich strzela, a nie – na przykład- rozprawia o filozofii pozytywizmu.

Myślałam, że nigdy do tego na tym blogu nie dojdzie, ale jednak jak mus to mus, pora na DEFINICJĘ. Recenzja, według PWN to:

«omówienie i ocena dzieła literackiego, spektaklu teatralnego, koncertu itp., zwykle publikowana w prasie»,

natomiast ocena, o której mówi ta definicja, to – według tego samego słownika:

«opinia o czymś lub o kimś dokonana w wyniku analizy»

Czyli teraz wszyscy raz na zawsze zapamiętujemy – RECENZJE NIE SĄ OBIEKTYWNE. Bo nie mogą być. To analiza pewnego dzieła (nie ważne, czy to gra, książka czy na przykład rosyjski balet), przepuszczona przez wiedzę i doświadczenie recenzenta. Po to czytamy recenzję, by poznać opinię na jakiś temat, wrażenie – a te zawsze będą subiektywne.

Oczywiście, recenzent nie powinien ulegać naciskom – czyli oceniać czegoś niezgodnie z własnym sumieniem, bo na przykład chce się przypodobać wydawcy. Ale to oznacza tylko, że recenzja powinna być niezależna, a nie obiektywna.

Czyli, jeśli widzę recenzję „obiektywną”, to – cytując klasyka – aż mi się chce wyjść z kina. I wychodzę.

1369334302_by_Mudzina_500

Niby oczywiste oczywistości, ale jednak nie, bo nawet komentatorzy z większych i ważniejszych (niż mój ;)) blogów/serwisów wpadają w tą pułapkę. Tak, kolego Dusiński, o Tobie mówię. ;)

2. Recenzja to nie opis

W związku z powyższym (to było ulubione zdanie jednej z moich wykładowczyń ze studiów, lubię go używać jak chcę wyjść na mądrzejszą niż jestem ;)), recenzja nigdy nie będzie opisem. Mam wrażenie, że nie każdy to rozumie, bo często w sieci znajduję recenzje nafaszerowane taką ilością szczegółów dotyczących opisywanej gry czy książki, że w zasadzie nie muszę już obcować z opisanym dziełem, bo recenzent wyrzucił wszystkie flaki na stół.

Po prostu recenzja staje się kiepskim niemieckim filmem porno zamiast zmysłowego erotyku.

57e3729b75b337e02ada74dda1413397177ac5642ba51492d8bad8f164ccea82

Naprawdę, nie idźcie tą drogą.

 

3. Recenzje nie mogą być pisane przez byle kogo

No właśnie, bo co mnie tak w zasadzie obchodzi opinia jakiegoś nieznanego mi, totalnie obcego recenzenzenta? Odpowiedź brzmi – nie obchodzi.

Z dwoma wyjątkami – jest to albo mój znajomy, albo ktoś z czyją opinią się liczę. Oczywiście, wyrażanie opinii jest banalnie proste – szczególnie dla nas, Polaków, bo jesteśmy ekspertami we wszystkim ;), ale to wcale nie znaczy, że takie opinie zainteresują kogoś więcej niż mamę i psa sąsiadów. To dlatego  z zasady nie chcę umieszczać na blogu recenzji, bo przemyśleniami na temat gry/książki/serialu mogę się podzielić przy piwie, a za autorytet się zdecydowanie nie uważam.

blog-cartoon

I Ciebie zachęcam do tego, żebyś nie czytał(a) opinii fachowców od wszystkiego porozrzucanych na blogach, serwisach z setką odwiedzających w miesiącu, a mądrze wyrabiał(a) sobie opinię na podstawie recenzji ludzi, którzy wiedzą co mówią. Może to być na przykład Gamezilla, bo czemu nie? Albo znajomych, którzy prawdopodobnie mają taki gust jak Ty.

To, albo setki forów internetowych, komentarzy pod artykułami i blogów tak małych, że nikt nie wie o ich istnieniu. To też zadziała, ale prawdopodobnie będziesz chciał przeczytać 500 takich tekstów, zanim ostatecznie wyrobisz sobie opinię na opisywany temat. Szkoda życia, co?

Tak myślałam.

4. Recenzja musi być „jakaś”

I dochodzimy do sedna, czyli wspomnianej we wstępie złej oceny świetnej (podobno) gry. Skoro recenzja, jak już wspólnie ustaliliśmy, ma być subiektywna, pełna wrażeń (zamiast opisu) i napisana przez kogoś, kogo opinia jest dla mnie ważna, to… ja nie widzę kompletnie żadnego zgrzytu w przyznaniu „skazanej na sukces” grze 1 punktu zamiast 6-ciu.

Pamiętaj, że recenzent przepuszcza recenzowane dzieło przez własne, subiektywne „ja”. Redaktora z Gamezilli wkurzyły błędy gry, przez które nie mógł jej skończyć, uznał więc, że wydawnictwo jest niedopracowane. I że nie w taką grę chciał zagrać. Miał pełne prawo wystawić jej taką, a nie inną ocenę. Tak samo jak Ty masz pełne prawo taką recenzję olać (bo nie jest Twoim znajomym, ani autorytetem) lub się nad nią pochylić (bo ze zdaniem recenzenta się liczysz).

•• Recenzja Batman Arkham Origins. Strona 2.

Mam wrażenie, że tym co naprawdę wkurzyło wszystkich komentujących to to, że gra nie dostała oceny w przedziale 4-6. Tak jakby obowiązkiem recenzenta było powtórzenie wszystkich ochów i achów na temat gry, a następnie wystawienie jej Jedynej Słusznej Oceny.

Chyba właśnie udowodniłam Ci, że nie.

Jedynym obowiązkiem recenzenta było przejście gry i rzetelna (ale nie obiektywna!) ocena jej możliwości na podstawie wiedzy, doświadczenia i czego-tam-jeszcze. Nikt mu nie każe przypodobać się tysiącom czytelników, wyciągać średnią z ocen innych czy płynąć „z prądem”.

Że trochę pod publiczkę? Taki lajf. Niemniej to pierwsza od dawna recenzja, o której mówi się tak szeroko. I pierwsza, która tak mocno piętnuje bezsensowny pęd wydawców do wydawania gier niedopracowanych, bo „przecież potem i tak wyjdzie patch albo DLC”.

Gamezilli generalnie nie czytam, więc opinia na temat niezbyt porywającej fabuły czy mało innowacyjnej mechaniki mnie ani ziębi, ani grzeje. Mimo to to pierwsza recenzja w internecie, jaką przeczytałam od dawna. Właśnie dzięki temu, że prezentowała naprawdę opinię – nie marketingową papkę zmieszaną z jąkaniem się ignoranta.

I tylko takich – prawdziwie subiektywnych, nie opisowych i wyrazistych opinii życzę na przyszłość i Tobie, i sobie. By żyło się nam lepiej. ;)

 

Obrazki ukradłam stąd, stąd, stąd i stąd. Przepraszam.