Wczoraj fani Marvel Comics po raz kolejny wstrzymali oddech, bo do sieci trafił długo wyczekiwany teaser Fantastycznej Czwórki. A ja zaczęłam się zastanawiać, czy jest jakikolwiek powód, dla którego powinnam brnąć w oglądanie filmów z tego uniwersum.

Nie jestem fanką Marvela. Więcej, nie jestem fanką komiksów w ogóle. Ten element geek kultury po prostu mnie gdzieś ominął. Wiem na temat superbohaterów mniej więcej tyle, ile przeciętny człowiek i w podobny sposób konsumuję wszystkie popkulturowe odniesienia do komiksu (seriale, filmy). Może tylko z większym kredytem zaufania, ze względu na geek-sentymenty.

Po niedawno widzianym trailerze Ant-Mana i wczorajszym Fantastycznej Czwórki zaczęłam się jednak zastanawiać, czy z sentymentami nie wypadałoby skończyć.

Na początek mały disclaimer: jeśli w tym momencie masz ochotę przescrollować w dół tekstu i napisać „nie chcesz to nie oglądaj” albo coś równie odkrywczego, to od razu zapraszam w to miejsce. Spodoba Ci się. Resztę zapraszam do dyskusji. :)

Mimo, że komiksowe uniwersa są mi obce, zawsze starałam się być (mniej-więcej) na bieżąco z nimi w kinie. Lubię superprodukcje, uwielbiam filmową fantastykę w szerokim rozumieniu i cieszy mnie rosnąca ilość produkcji wysokiej jakości w tym gatunku.

Zastanawiam się, czy filmy na komiksowych licencjach zamiast popularyzować uniwersum, nie zamykają się mocniej w fandomie.

Tylko, że po początkowym zachwycie Hulkami, Avengersami czy Iron Menami zaczęło się, w moim odczuciu, dziać coś bardzo niedobrego z produkcjami na komiksowych licencjach. Fajnie, że jest ich sporo (wstępne plany przeniesienia na duży ekran marvelowskich bohaterów są naprawdę imponujące), tylko zastanawiam się, czy przypadkiem – paradoksalnie – zamiast popularyzować komiksowe uniwersa, nie zamykają się coraz mocniej w fandomie.

Mam wrażenie, że twórcy przestali panować nad tym, co chcieli w kinie stworzyć. Z jednej strony, raz za razem, serwowane jest nam origin story wszystkich superbohaterów. Może i jest ono doskonałe dla początkujących, nie mających pojęcia jak powstał Kapitan Ameryka, skąd się wziął Iron Man czy Ant Man, za to od dłuższego czasu prawdziwych fanów po prostu irytuje. Oni przecież wiedzą, dlaczego Wolverine jest Wolverinem, a nie Panem Kleksem na przykład. A i ja, jako komiksowy laik, myślę sobie „no ileż można?”, gdy znów pół filmu superbohater dochodzi do Wielkiej Przemiany. Mam ochotę wtedy od razu przeskoczyć do przodu w czasie, do sequela, przynajmniej tam będzie od razu samo mięcho.

W teaserze Fantastic Four nie przekonuje mnie zupełnie nic. Tę zapowiedź zapomnę za tydzień.

Z drugiej strony trailery i teasery, czyli najzwyczajniej w świecie – reklamy filmów, ostatnio produkuje się już chyba tylko dla fanów. Bo jak inaczej wyjaśnić, że w Ant-Manie 90% teasera mogłoby być równie dobrze zapowiedzią thrillera politycznego, z taką ilością ciemnych pomieszczeń, mocnych punktowych lamp i mędzących o powinnościach względem świata agentów FBI (lub innej politycznej organizacji). W teaserze Fantastic Four nie przekonuje mnie totalnie nic – nie wiem kto jest kim, superbohaterstwa nie ma tu za grosz – znam tysiąc słabszych (jak mniemam) filmów, które potrafiłyby mnie zachęcić do czekania na siebie z wypiekami na twarzy. Tę zapowiedź zapomnę za tydzień.

Trochę jest tak, że kolejne origin story kolejnych, coraz mniej znanych bohaterów, laikowi zaczyna się po prostu zlewać.

Fajnie, że próbuje się czegoś innego, jak na przykład Strażnicy Galaktyki (którzy mi się zresztą średnio podobali ;)), ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Niestety, coraz prawdziwszym stwierdzeniem staje się fakt, że filmy Marvela są… dla fanów Marvela.

Tylko czy tak naprawdę o to właśnie chodzi?