Zacznijmy od tego, że kilka tygodni temu stałam się szczęśliwą posiadaczką Kindle Paperwhite. Szczęśliwą, bo był to prezent na urodziny, który sama sobie wybrałam. Ja: zagorzały (swego czasu) przeciwnik czytników maści wszelakiej. Stąd właśnie na Jestem Geekiem recenzja Kindle Paperwhite.

Tak, tak, rozumiem oburzenie i niesmak „prawdziwych” moli książkowych. Zapach papieru, szelest kartek, ciężar książki w ręku… Miałam dokładnie te same obawy. Teraz zdecydowanie wolę wymienić te unikalne cechy książki na większą ilość przeczytanych pozycji w miesiącu i nieskrępowaną lekturę w dowolnym miejscu i czasie. Co przy papierowych pozycjach nie jest takie oczywiste, zapewniam.

Choć założenia były zupełnie inne.

Zdecydowałam się na Kindle’a kiedy a) książki przestały mi się mieścić na półce (nie jest to specjalny wyczyn w moim domu, bo biblioteczka ciągle czeka na zbudowanie), b) okazało się, że jest wiele książek, głównie obcojęzycznych, które musiałabym sprowadzać z Amazonu (a wysyłka do Polski boli, od kiedy nie jest darmowa), bo są u nas nie do dostania.

Poza tym, nie oszukujmy się – to gadżet, a ja uwielbiam gadżety. ;)

 

To jak z tym czytaniem?

O. MÓJ. BOŻE. Po tym, jak przyszedł do mnie z Amazona, od razu napakowałam go po uszy gamedevowymi pozycjami, które zbieram od pewnego czasu na różnych książkowych bundle’ach albo wyszukuję za grosze/za darmo w sieci. I, zaprawdę powiadam Ci, nigdy w życiu nie czytałam tak dużo!

Nagle każda okazja stała się dobra, żeby wchłonąć kilka stron. Czekanie aż ugotuje się ryż, czekanie aż załaduje się gra, aż skończą się napisy początkowe w filmie, aż naleje się woda do wanny… I z tych pojedynczych, wyszarpanych chwil właśnie wyszła mi cała, 200-stronnicowa książka. I to nie czytadło, ale dobra analiza społeczno-kulturowego podłoża gier video.

W mniej niż dwa tygodnie!

Recenzja Kindle Paperwhite

Hej, wiem że są tu osoby, które pochłaniają nawet i po 6 książek miesięcznie. Ja po prostu nie mam czasu. Albo może – myślałam, że nie mam czasu. Dwie, maksymalnie trzy książki w miesiącu były moim absolutnym szczytem możliwości. Do teraz.

Bo teraz wiem, że dodam do tego przynajmniej jeszcze jedną. Albo dwie. Albo trzy. ;)

 

No ale zapach książki, szelest kartek, ciężar książki…

Ja też to kocham, naprawdę. :) Z tym, że bez tego się obejdzie.

No bo to oczywiste, że czytanie z Kindle’a (czy jakiegokolwiek innego czytnika) to nie to samo co książka. Trzeba z takim założeniem to cacko kupować. Ale wszystko inne jest awesome. Przecież to jest elektroniczna książka mieszcząca tysiące tytułów. Całą Twoją bibliotekę i trochę więcej!

Poza tym, z tym papierem wcale nie jest tak źle. Mój ekran w Kindle Paperwhite ma lekką fakturę i nie jest śliski, przez co w dotyku przypomina trochę kartkę. Nie żartuję. :)

Z innych, oczywistych zalet: odpadają problemy z wożeniem 1000 stronnicowych książek w pociągach (tak, robiłam to ;)), w ogóle odpada wiele problemów związanych z tym, że książki ważą, trzeba im przewracać strony (przez co nie da się ich czytać jedną ręką w zatłoczonym autobusie), mogą się pozaginać… No i od miesiąca ładowałam go tylko przez chwilę, żeby zobaczyć jak to się robi. Bateria trzyma tak długo że pewnie zaraz zgubię kabelek do podłączenia czytnika z komputerem.

Jedyne, co mogę zarzucić Kindle’owi to fakt, że… jest elektroniczny. Nie, to nie przekreśla wszystkiego, co do tej pory napisałam. ;) Bo (zdradzę Ci taki mały sekret) uwielbiam czytać w wannie. I jakoś nie pali mi się brać do wanny urządzenia za kilka stówek. Na szczęście, od tego są wersje papierowe (których nigdy nie zdarzyło mi się zamoczyć, ale zawsze może być ten pierwszy raz!).

Dzięki Kindle’owi, paradoksalnie, wróciłam do intensywniejszego czytania. A to chyba najfajniejsza rzecz pod słońcem. :)

 

Recenzja Kindle Paperwhite: czytnik czy książka?

Obie te rzeczy naraz! Absolutnie nie wyobrażam sobie życia bez papierowych książek, zresztą aktualnie pochłaniam dwie „papierówki”, usilnie starając się zmniejszyć nieco stosik rosnący w domu.

Czytniki są awesome! A pisze to osoba, która wcześniej zarzekała się, że żadnego mieć nie chce. 

W zasadzie mam teraz jasny podział – gamedevowe i marketingowe, czyli ogólnie: branżowe książki (na przykład jak te TOP5 najfajniejszych) czytam na czytniku, bo i tak fizycznie nie dostanę ich za żadne przyzwoite pieniądze, a beletrystykę – tradycyjnie. Głównie dlatego, że mam w domu zapasy pozwalające przeżyć kilka miesięcy na bezludnej wyspie bez konieczności podpływania do najbliższego sąsiada po wymianę pozycji książkowych. I taki podział zaspokaja zarówno moją nerdowsko-gadżeciarską stronę, jak i tę moloksiążkową.

Słowem: czytniki są AWESOME! Spróbuj. Serio, serio. ;)

Zdjęcia: Unsplash / Flickr (Pavel P.)