Zacznę od tego, że Magia i Miecz oraz Secret Service zajmują w moim serduchu dwa zgoła inne miejsca. W czasach ich świetności czytałam tylko jedno z nich – MiMa. Gry video nie istniały dla mnie wtedy wcale, z prozaicznego powodu – braku komputera. Za to spędzałam długie godziny na sesjach RPG według MiMowych scenariuszy, zaśmiewałam się z żartów w Krainie Goblina, dosłownie chłonęłam słynną Jesienną Gawędę (Trzewik, szacun!). To dlatego, mimo mojego szczególnego stosunku do crowdfundingu, magazyn o RPG wsparłam, a kultowe czasopismo o grach już nie.

Premiera Sikreta skłoniła mnie jednak, żeby zerknąć, „o co cały ten ambaras”. A po zerknięciu, pojawiła się chęć na tekst.

Uprzedzając, absolutnie nie mam zamiaru niczego recenzować – jak wyglądają numery i co zawierają, każdy może przeczytać wszędzie w internecie. Ale całe reaktywacyjne zamieszanie i (wreszcie) przejrzenie zawartości obu numerów skłoniło mnie – po raz kolejny – żeby zastanowić się, jaki jest sens odgrzewania dawno zapomnianych, zaschłych i przysypanych ziemią kotletów.

Dla tych, którym dalej czytać się nie chce: nie ma żadnego.

Tak, serio. Mówię to głośno i z pełnym przekonaniem:

Obiektywnie, reaktywacja Magii i Miecza oraz Secret Service jest niepotrzebną nikomu powtórką z rozrywki, bez perspektyw i kompletnie bez sensu.

Myślę, że chłopaki z Fajnych RPG oraz secretservice’owa ekipa też o tym wiedzą. Ale wyciągają z tego faktu zupełnie inne wnioski.

Nie oszukujmy się, pogłoski o końcu prasy przesadzone wcale nie są, tym bardziej prasy specjalistycznej, jaką niewątpliwie są czasopisma o grach – obojętnie czy fabularnych czy video. Od recenzji, newsów – ba! – nawet od dłuższych tekstów mamy już internet. Recenzję ulubionego tytułu przeczytamy już w 10 minut po premierze (czasem nawet i przed), a na naszą polemikę pod artykułem jego autor jest nam w stanie odpowiedzieć tego samego dnia. To luksus, z którego nie jesteśmy już w stanie zrezygnować dla żadnego papierowego wydania.

Które z dwóch szczęśliwie zmartwychwstałych tworów lepiej odrobiło lekcję i przystosowało się do nowych czasów?

Tym razem zdecydowane 1:0 dla gier (nomen omen) analogowych, a więc dla twórców Magii i Miecza.

Choć nie mam wątpliwości, że Secret Service jest pod względem wyglądu czasopismem growym pełną gębą i że layout MiMa (na tyle, na ile można go ocenić po PDFie) mocno trąci myszką, to jednak właśnie ten ostatni zrozumiał, że papier nie zginął, a po prostu przepoczwarzył się, zmienił piórka i szturmem podbija czytniki i tablety. Słowem, wydanie niszowej gazety w wersji online jest posunięciem genialnym w swojej prostocie, bo dziś już nie tylko zmniejsza koszty dystrybucji i druku, ale zwyczajnie jest głęboko uzasadnione. Aż dziw, że tytuł o rozrywce elektronicznej tej lekcji nie odrobił na czas.

A skoro już o kosztach dystrybucji mowa, to po raz kolejny pałeczkę i medal za strategię oddać trzeba Fajnym RPG, czyli wydawcy Magii i Miecza. Bez spiny, bez nadęcia, ale i bez kompleksów przyznali, że na dystrybucję masową najzwyczajniej w świecie nie ma budżetu, słusznie zresztą zakładając, że kto chce, ten poczyta PDFa, a kto nie pogardzi papierem, ten odnajdzie MiMa na konwentach, w bibliotekach (świetny ruch!) i innych fanowskich spotkaniach. SS tego elementu otwarcie nie komunikuje (nawet, jeśli faktycznie gdzieś-tam PDFy są w planach), sprawiając że wielu, zniechęconych papierem, do tej pozycji już nie wróci.

Bo budowa mocnej pozycji na prasowym rynku, która szeroko „trafi pod strzechy” jest być może możliwa za pieniądze z crowdfundingu, ale bez wsparcia dużego wydawcy, może być strzelaniem z armaty do kaczek.

Historia biznesu jest przecież pełna firm, które uzyskały duże dofinansowanie, które następnie koncertowo przejadły szybciej, niż jesteś w stanie powiedzieć Konstantynopolitańczykowianeczka. Pierwsze symptomy widać już teraz, bo Secret Service pojawił się na rynku z 12 stronami agresywnej, pełnostronnicowej reklamy i w dość zaporowej cenie 14,50. Nic dziwnego, skoro około połowę ceny numeru zje najprawdopodobniej dystrybucja…

No, ale pora na to, co najważniejsze: zawartość. I tu widać dysproporcje. Z wielu, wielu rozmów z graczami, także podczas Pog(R)adajmy (mieliśmy nawet kiedyś temat dotyczący polskiej prasy granżowej) wysnułam jeden, ważny wniosek – nikt już nie chce i nie potrzebuje Kolejnego Czasopisma o Grach.

Nikt nie chce i nie potrzebuje recenzji, relacji i zestawień – oczami Naczelnego, Znanego Twórcy, Pana Prezydenta czy Pani Zosi Z Kiosku.

Mamy tego na tony, TONY! w internecie. To, czego potrzebujemy na papierze to nowego podejścia, wyrazistych opinii, rzeczy z którymi będziemy mogli się utożsamiać lub które poszerzą naszą wiedzę, sklasyfikują ją i uzupełnią.

I znów – to droga, którą śmiało podąża MiM, a zaledwie muska Secret Service. Fakt, że gry fabularne są dziedziną, w której łatwiej o poradnik, tekst analityczny (choćby dotyczący stylu grania czy prowadzenia sesji) albo felieton, ale przykład nieodżałowanego LAGa pokazuje, że i w elektronicznej rozrywce można zdziałać więcej, niż relacja z GamesConu czy typowana na temat numeru recenzja Ethana Cartera, dzień wcześniej opisanego od przodu, tyłu i wspak wszędzie w sieci. Być może i Secret stawia na teksty ponadczasowe, ale na chwilę obecną nie daje nic na tyle wyjątkowego, bym za dwa miesiące z wypiekami pobiegła do kiosku.

Tak, to prawda, że Sikret nigdy LAGiem nie był, więc i teraz nim zostać nie może. To prawda, że MiM tylko rozszerzył i unowocześnił wcześniejszą formułę.

Ale być może w tym właśnie sęk – by wiedzieć, kiedy warto, a kiedy nie wracać do tego, co zapomniane?

Chciałabym wierzyć, że obie pozycje czeka świetlana przyszłość na trudnym polskim rynku. Wszyscy jednak wiemy, że z jakiegoś powodu na nim się nie utrzymały. To, jak potoczą się dalsze losy, zależy w zasadzie wyłącznie od tego, czy wydawcy mają na samych siebie – i na to, co wskrzesili – jakiś pomysł. Pomysł nowoczesny, idący z duchem czasu i na tyle elastyczny, by można było go szybko i łatwo modyfikować.

Bo chociaż do zebrania sporej sumy wystarczyła odrobina tęsknoty i nostalgii, to do utrzymania czasopisma potrzebna jest wiara i zrozumienie nowych, innych czasów. Bez sentymentów.