Bardzo rzadko mówię o swojej pracy na blogu. Wróć! W zasadzie to chyba nigdy nie napisałam, czym zajmuję się na co dzień. Otóż: pracuję w branży gier. Nie robię gry, bo to byłoby sporym nadużyciem, ale pomagam zdolnym twórcom dotrzeć do jak nawiększej liczby osób. I choć nie zamieniłabym tej pracy na nic innego, to branża – jak każda – ma swoje grzeszki. Jest dość hermetyczna, przekonana o swojej wielkości, nie zawsze tolerancyjna. Ale ma jedną, niepowtarzalną zaletę – grami cieszymy się jak dzieci.

Mam taką teorię, że to polskie podejście do gier sprawia, że tworzymy jedne z najlepszych tytułów na świecie. Nie chodzi mi o jakiś „narodowy styl projektowania elektronicznej rozrywki”, ale o niezwykły zapał i entuzjazm, z jakim rodzime studia podchodzą do pracy.

Odwiedzając co roku różne branżowe konferencje, zarówno te stricte branżowe (Digital Dragons), jak i otwarte (PGA czy Pixel Heaven) niezmiennie spotykam się z pasją i ogromnym serduchem do gier. Lata mijają, a polscy developerzy ciągle jeszcze nie pracują wyłącznie na wyniki czy zadowolenie akcjonariuszy – chcą dawać nam, graczom, najlepszą możliwą rozrywkę.

To naprawdę niesamowite, gdy na afterparty po Poważnej Branżowej Konferencji spotykasz ludzi, którzy potrafią kilka godzin rozmawiać o grach: swoich, swojej konkurencji i tych, w które zagrywają się nocami, gdy położą już dzieciaki spać. Tu nikt nigdy nie jest „za karę”, bo musi ubić jakiś biznes czy spotkać się z kontrahentem. Przypomina mi to bardziej nerdowski konwent czy spotkanie rozentuzjazmowanych nastolatków – wyłącznie w pozytywnym znaczeniu tego słowa.

Bo w tworzeniu gier ciągle jesteśmy jak dzieci. Pełni energii, tryskający pomysłami, wierzący że nie ma niemożliwego. Dumni z własnych osiągnięć i z osiągnięć konkurencji, bo w Polsce gamedevowa branża trzyma się razem.

Liczę, że nigdy nie wyrośniemy na poważnych ludzi.