Uwielbiam Wonder Woman. Za wszystko, co sobą reprezentuje, za magiczne lasso i nieustępliwość. Gdybym czytała komiksy, byłaby moją ulubioną bohaterką komiksową, zamiast tylko symbolem. I nagle, w całe to uwielbienie, wchodzi z butami Zack Snyder i spółka, mówiąc: zrobimy film! A ja, znając dokonania filmowego uniwersum DC, nie wiem czy cieszyć się, czy płakać. Więc postanowiłam po prostu wybrać się do kina.

Zacznijmy od tego, że Wonder Woman tym razem oddano pod opiekę nie Mistrzowi Mroku Snyderowi (choć znalazł się w napisach początkowych), a Patty Jenkins, znanej przede wszystkim z oskarowego filmu Monster z Charlize Theron. Wyszło to najnowszemu dziełu ze stajni DC na dobre i to po dwakroć – po pierwsze, wszystko bez Snydera jest lepsze, po drugie film o mocnej kobiecie dużo lepiej czuje osoba, która kręciła już filmy o mocnych kobietach.

Ale do rzeczy. W filmie mamy aż trzy linie czasowe, z czego jedną szczątkową. Oto pracująca obecnie w Luwrze Diana (czyli tytułowa Wonder Woman) otrzymuje od korporacji Bruce’a Wayne’a swoje zdjęcie z czasów Pierwszej Wojny Światowej. Widać na nim naszą bohaterkę w charakterystycznym kostiumie oraz kilku mężczyzn z bronią. Akcja szybko przenosi się na skrytą gdzieś na oceanie wyspę Amazonek, a my powoli odkrywamy historię Wonder Woman – od czasów, gdy była małą dziewczynką, aż do momentu, gdy spokój wyspiarek zakłóci pewien amerykański szpieg, uciekający przed flotą niemieckich okrętów bojowych. Po dramatycznym starciu z nieprzyjacielem, Diana uda się wraz z amerykaninem Stevem do naszego świata, by odszukać boga wojny Aresa i zakończyć Wieczną Wojnę na zawsze.

Tyle o fabule. Film w 75% dzieje się właśnie w czasach I Wojny Światowej, a Wonder Woman wspólnie z nowopoznanym przyjacielem najpierw kompletuje drużynę, by potem wyruszyć do walki przeciwko knującym niecne plany Niemcom… No właśnie. Generalnie rozumiem, na czym polega popkultura i jak pewne wątki spłaszcza się i spłyca, by przeciętny popkornożerca mógł nie zawracać sobie głowy tłem historycznym. Ale są rzeczy ważne i ważniejsze. A pamięć o dwóch największych wojnach w dziejach świata jest jedną z nich. Dlatego zupełnie nie akceptuję uproszczeń, sugerujących że któraś ze stron była tą dobrą, a któraś – złą. Pierwsza Wojna Światowa to wojna, w której winny był każdy. Zupełnie inaczej niż po 1939, gdzie państwa jednoczyły się przeciwko jednemu agresorowi, tu każdy miał swoje „za uszami”. Tymczasem film próbuje nam wmówić, że niemiecka strona konfliktu to zło wcielone, a sposób, w jaki film ich portretuje, ewidentnie przywodzi na myśl Nazistów. Oczywiście, proste historie muszą mieć mocnych antagonistów, ale tu jest to obraz co najmniej krzywdzący. I niepotrzebny.

Tym bardziej, że historia płynie sobie dość wartko i – pomijając aspekty nadprzyrodzone, jak latanie w powietrzu czy nadludzka siła – jest typową opowieścią o przygodach bohaterów na froncie. Celowo mówię: przygodach, bo chociaż film zahacza o trudne tematy, jak głód, choroby czy użycie gazu musztardowego na cywilach, to jednak ledwie muska te wątki, skupiając się raczej na widowiskowych walkach czy relacjach między bohaterami. Trudno go zresztą za to winić.

A skoro już o bohaterach mowa, to nie jest to zdecydowanie film solowy. Wonder Woman w zasadzie nigdy nie działa sama, a u jej boku zawsze trwa Steve oraz jego paczka pół-najemników pół-przyjaciół, których nieraz już zabierał na niebezpieczne szpiegowskie misje. Można by wręcz podnieść alarm, że w hollywoodzkim kinie kobieta nie jest w stanie zdziałać nic bez pomocy mężczyzny, ale o dziwo taki układ tylko podkreśla, jak ważna i potężna jest Diana. Superbohaterka przejmuje inicjatywę niemal zawsze, a próby namówienia jej do postępowania nie po jej myśli kończą się fiaskiem. A gdy w jednej z finałowych scen Steve mówi: „na nic jej się nie przydamy, zróbmy coś innego”, mam poczucie, że film nie jest feministyczny na niby.

Gal Gadot gra zresztą świetnie, umiejętnie balansując pomiędzy naiwną, wychowaną pod kloszem dziewczynką, czułą partnerką a bezwzględnie sprawiedliwą superbohaterką. Przychylam się wprawdzie do zarzutów o jej zbyt smukłą posturę, ale nie dlatego, że Gal do filmu nie pasuje, ale chciałabym wreszcie zobaczyć główną postać o aparycji nieprzystającej do hollywoodzkich standardów. Nie da się jednak zaprzeczyć, że Gadot to niezła aktorka i trudno od niej oderwać wzrok, nawet jeśli na codzień nie gustuje się w kobietach. Steve (Chris Pine), jako główna postać drugoplanowa wypada dosyć płasko, szczególnie przy swoich barwnych kompanach, szkockim strzelcu wyborowym Charlie’m (Ewen Bremner) i osmańskim mistrzu kamuflażu Sameerze (Saïd Taghmaoui). Z pewnym rozbawieniem przyjęłam pojawienie się Claire Underwood, czyli Robin Wright, jako walecznej siostry królowej, Antiopy. Nie dlatego, by była to źle zagrana postać, ale dlatego, że Wright tak mocno scaliła się w mojej głowie z bohaterką House of Cards, że nie jestem jej sobie w stanie wyobrazić w innej roli.

I tak bez problemów zmierzalibyśmy do końca tej recenzji, gdyby nie… paskudne CGI i finał poniżej przeciętnej. Nie wiem, czy DC ciągle jeszcze nie rozkręciło się na dobre w superprodukcjach, ale efekty specjalne wołały o pomstę do nieba. Dokładnie było widać, gdzie aktorzy grają na green screenie albo co dorzucono w postprodukcji. Nie jest to oczywiście poziom pamiętnego smoka z Wiedźmina, ale po takim filmie spodziewałabym się więcej. Podobnie zresztą jak po finale. Choć ujawnienie głównego złego może być dla niektórych zaskoczeniem, o tyle ostateczna walka z nim, jak i sam jego wygląd były po prostu słabe. Nie spoilując za dużo – to, w jaki sposób odkrywa się przed Wonder Woman (już pomijając fakt, po co w ogóle to robi) i jakie szaty potem przywdziewa, to jakiś ponury żart Snydera, a nie (mam nadzieję) autorska wizja pani reżyser. Słabo, przeciętnie, śmiesznie.

Czy mimo to warto obejrzeć Wonder Woman? Jak najbardziej tak! Nie jest to film wybitny, choć moim zdaniem śmiało może stawać w jednym szeregu z wieloma adaptacjami Marvela. Na pewno bije na głowę wszystko, co w ostatnich kilku latach wyprodukowało DC. Podwójne brawa za uczciwe podejście do żeńskiej bohaterki, która nie jest ani facetem z cyckami, ani postacią, na którą tylko dobrze się patrzy. Wonder Woman daje nadzieję (znikomą, ale jednak), że kolejne tytuły ze stajni DC będą stanowić godnych przeciwników dla Avengersów i spółki. Oby.