Są gry – dzieła sztuki, które rzucasz w kąt po kilku minutach. Są te z pozoru nieciekawe, mimo to nie możesz się od nich oderwać. I są te pozwalające odkryć, co naprawdę kochasz w grach. Tym ostatnim jest dla mnie Child of Light.

Child of Light nie jest grą najnowszą ani produkcją AAA. Premierę miała już prawie rok temu (całe lata świetlne dla graczy!), a jej z pozoru prosta, platformowa konstrukcja i bajkowy klimat wpisuje się bardziej w kanony gry indie. Ja sama skusiłam się na nią (wreszcie!) gdy w wyprzedaży na PSNie osiągnęła cenę butelki stołowego wina. I wsiąkłam.

Child of Light screenshot

Historia Aurory, księżniczki która utknęła w śnie, nie brzmi jak rozrywka na długie godziny. Na szczęście gra oferuje sporo więcej niż mogłoby się wydawać, bo pod przykrywką słodkiego platformera gra daje rozgrywkę na poziomie dość złożonego RPGa.

No i ma coś jeszcze.

Child of Light to gra, która kocha graczy. A ja kocham takie gry.

I właśnie o tym chciałabym dzisiaj opowiedzieć.

Wbrew obiegowej opinii gracze nie są tacy sami. Powszechnie uważa się, że lubimy rywalizację, kochamy trofea i nie cierpimy przegrywać. Że hardkorowy gracz to gracz lubiący wyzwania, nieustępliwy, ambitnie prący do przodu bez względu na przeciwności. To prawda, choć nie cała.

Bo ile charakterów, tyle typów rozgrywki. To, jacy jesteśmy na co dzień, co nas motywuje, bardzo mocno wpływa na styl rozgrywki. Jedni odczuwają satysfakcję z pokonania przeciwnika w Bloodborne za 100 podejściem, dla innych ważne jest to, by w grze spędzić czas dobrze ze znajomymi.

Jeszcze inni, jak ja, po prostu chcą iść do przodu. Lubią, gdy wszystkiego jest po trochu. Szybko nudzą się zbyt zawiłą historią i zniechęcają za dużym poziomem trudności. Uwielbiają wyzwania i znajdźki, ale nie będą za nimi gonić po całej mapie. Chcą być nagradzani i chwaleni. Po prostu chcą, by gry kochały gracza, nie uważały go za wroga.

Child of Light screenshot

Do tej pory dość intuicyjnie wiedziałam, jakie gatunki podobają mi się, a jakie nie. Było dla mnie oczywiste, że gry From Software odpadają w przedbiegach, za to świetnie czuję się w trylogii Mass Effect (<3), Borderlandsach, nowej Larze Croft czy dowolnej samochodówce.

Dopiero po długich godzinach z Child of Light zrozumiałam, co ją i wszystkie wymienione powyżej łączy. Wiesz co? Nieprzegadanie. W miarę zamknięty (nie muszę tracić czasu) świat. Możliwość parcia do przodu bez zbyt dużej ilości rozgałęzień i questów pobocznych. Niewyśrubowany poziom trudności. Czyli wszystko, co motywuje mnie do działania również na co dzień.

W przypadku Child of Light walki, przypominające nieco schemat znany z japońskich cRPGów, są możliwe do wygrania przy naprawdę minimum taktyki. Po niemal każdej z nich dostajesz tyle doświadczenia, by twoje postacie zdobyły przynajmniej jeden poziom. Ilość znajdziek jest ogromna, a kamienie do craftingu sypią się niemal jak z rękawa. Questów pobocznych za to jest dokładnie tyle, ile trzeba, a żaden nie wymaga biegania po mapie lub szukania tysiąca przedmiotów.

To nie jest jakaś szczególnie wielka wiedza tajemna, ale dopiero przy Child of Light uderzyło mnie: „ja tak działam!”, „to ja!”. Czyli, jakkolwiek górnolotnie by to nie zabrzmiało, gry pomogły mi w zdefiniowaniu samej siebie. W końcu podobno najlepiej poznajemy się w sytuacjach stresowych, granicznych. A czymże innym jest walka z bossem czy przejście trudnego fragmentu gry? ;)

Child of Light screenshot

Dla mnie taka wiedza o sobie samej to trochę takie małe objawienie. To już nie tylko fakt, że jestem casualem z przymusu, ale że po prostu tak definiuje się Natalia Dołżycka. I wiesz co? To chyba najfajniejsze uczucie na świecie. Nie fakt, że nie lubię mieć pod górkę ;), ale to, że rozumiem co mną kieruje.

Czy to podejście czyni mnie to gorszym graczem? Nie, tak samo jak osoby, które grają tylko w strategie, albo te, które Bloodborne’a przechodzą przy pomocy znajomych. Czy to oznacza, że nigdy nie spróbuję niczego trudniejszego/innego/bardziej wymagającego? Też nie, bo moje gamingowe serducho ciągnie w każdą stronę. Wiem za to dobrze, gdzie czuję się najlepiej i gdzie jest mój port.

Ktoś kiedyś powiedział, że warto „pięknie się różnić”. Myślę, że to doskonale pasuje również do naszej, tak różnorodnej, a jednak zwartej społeczności.

Oprócz rzeczy o poziom wyżej niż cała tematyka tego bloga, czyli świadomości swojego charakteru i motywacji każdego z nas, jest jeszcze sprawa twojego własnego podejścia do gier.

Child of Light screenshot

Chciałabym, żebyś pamiętał, że takie różnice są fajne. To one czynią nas interesującymi ludźmi. Dlatego nigdy nie wstydź się sposobu, w jaki grasz, poziomu jaki ustawiasz i tytułów, które wybierasz. Graj tak jak lubisz i w to, co lubisz, bez oglądania się na innych – czy będzie to Child of Light, czy poziom easy, czy powtarzanie tej samej sekwencji po raz n-ty, mimo pobłażliwych uśmieszków znajomych.

A jeśli pochylisz się nad sobą i odkryjesz, jak ja, co motywuje cię najmocniej, będziesz czerpać z rozgrywki największą przyjemność. Tak jak ja z Child of Light – być  może nie gry wybitnej, ale dla mnie już na zawsze – wyjątkowej.

Bo przecież w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko to, że wszyscy po prostu kochamy gry. A one kochają nas. :)