Jeszcze kilka-kilkanaście lat temu telewizyjne produkcje kojarzyły się przede wszystkim z miernotą, niskim budżetem i wołającą o pomstę do nieba grą aktorską.

Nie wiem, czy Lost zmienił wszystko; nie jestem ekspertem od produkcji telewizyjnych. Wiem że dla mnie era seriali zaczyna się właśnie wtedy. W tych czasach serial o rozbitkach na tajemniczej wyspie oglądał każdy – od dzieciaków z liceum po moją teściową. Rozmach, mnogość bohaterów, potężny budżet i poprowadzona z rozmachem akcja promocyjna – wtedy to było w zasadzie nie do pomyślenia.

Niestety, w międzyczasie coś się popsuło. Twórcy najwyraźniej zachłysnęli się sukcesem i, przeciągając w nieskończoność rozwiązanie, sami pogubili się we własnych intrygach. Wątki w kolejnych sezonach stawały się coraz mniej jasne, nie podawano żadnych sensownych wyjaśnień, za to dodawano nieprzemyślane i nieciekawe wątki poboczne.

Mimo to, dla mnie i wielu moich znajomych to była pierwsza jaskółka zmian. Produkcja, która otworzyła oczy na zupełnie inny gatunek filmowej ekspresji.

Era Dextera

Po aferze z finałem Lost twórcy seriali na szczęście odrobili zadanie domowe. Przyszedł czas na produkcje z rozmachem, pomysłem i budżetem. Dla mnie ostatnia serialowa dekada to okres niejednolity. Serialowa „branża” potrzebowała czasu, by „dotrzeć się” z formułą i przekonać, że ramy, jakie narzuca ten gatunek, nie są ograniczeniem, a kanwą, na której można tkać naprawdę przepiękne opowieści.

Najpierw w masowej świadomości pojawiły się ciągle jeszcze, w moim rozumieniu, pokutujące po „tradycyjnej szkole serialowej” produkcje – był Dexter, serial poprawny, z pomysłem, ale nie zachwycający. Pierwsza jaskółka dobrych produkcji s-f, czyli tragicznie zmarły Firefly, tworzony z rozmachem Rzym czy zachwycający wiernością settingu i grą aktorską Deadwood  to dowód, że twórcy zaczęli poszukiwać. Na masową skalę i coraz odważniej. Mieszali gatunki, flirtowali z konwencją, starali się rozruszać zastane przez niewymagające intelektualnie produkcje szare komórki.

Nagle przekonano się, że seriale pozwalają na pewną elastyczność, dobre opowiedzenie historii, a przede wszystkim – na dużo mniejsze niż w przypadku superprodukcji ryzyko. Przecież serial ze złą oglądalnością można zakończyć dużo łatwiej, nie tracąc milionów na gaże, scenografię i promocję.

Dexter

Mimo to były to ciągle wybory bezpieczne. Klisza goniła kliszę, poszczególne odcinki bardzo często posiadały jednolitą, łatwą do przewidzenia strukturę. Wiele do życzenia pozostawały dialogi, gra aktorska czy pomysł na fabułę w ogóle.  Serial ciągle był „ubogim bratem filmu” i miał długą do przebycia drogę od Mody na sukces do odrębnego, niezwykle ciekawego gatunku filmowego.

Złote lata seriali

Kiedy zaczynają się „złote lata seriali”? Dokładnie teraz! Ostatnie kilka lat to prawdziwy wysyp produkcji tak dobrych, że coraz częściej kolejne sezony wypierają z moich codziennych aktywności oglądanie pełnometrażówek.

Sama nie wiem, co w nowym podejściu do telewizyjnych produkcji podoba mi się bardziej – to, że dobre sagi fantasy ekranizuje  się teraz na małym ekranie (choć ciągle z rozmachem!), a nie tylko przenosi na duży (Gra o tron vs. Władca Pierścieni), że tworzy się obrazy zachwycające nie tylko aktorsko czy fabularnie, ale przede wszystkim poetyką obrazu (Hannibal), czy może fakt, że coraz częściej w serialach grają postacie z pierwszej, nierzadko oskarowej ligi (True Detective, ale także The Crazy Ones z Robinem Williamsem, który na małym ekranie pojawił się po raz pierwszy od 21 lat!).

TD-Poster

Prawda jest taka, że obecnie, jeśli chcę zobaczyć dobry, świetnie zagrany amerykański film, zachwycający niekonwencjonalnym podejściem lub wręcz eksperymentujący z formą, to coraz częściej wybieram… serial.

I wiesz? Nie ma w tym dla mnie nic złego. Wręcz przeciwnie, format serialu – a przede wszystkim jego długość – pozwala mi na obcowanie z czymś naprawdę dobrym niejako na raty, nie będąc przykutą do kanapy na dobre kilka godzin.

No dobra, zazwyczaj i tak kończy się na przynajmniej 2-3 ponadczterdziestominutowych odcinkach, ale czuję dużo większą kontrolę, bo mogę przecież serial wyłączyć kiedy chcę (mogę, prawda…? ;)).

Ale i tak najfajniejsze jest to, że Hollywood najwyraźniej pokochało seriale „o czymś”, dobrze napisane, świetnie zagrane i przyzwoicie wyprodukowane. Zresztą! Tu nawet nie o ambitne treści rodem z True Detective chodzi, bo opowiadanie historii w odcinkach stało się tak popularne, że obecnie na miłośników tego gatunku czekają seriale o superbohaterach (te dobre i… Arrow ;)), ekranizacje książek, autorskie eksperymenty z formą, thrillery polityczne, komedio-dramaty, hard s-f i soft fantasy. Dziś naprawdę nie trzeba iść do kina, żeby zobaczyć coś wartego Oscara.

Z każdą kolejną produkcją (moim ostatnim odkryciem jest  doskonały Orange Is The New Black) mam coraz mniej wyrzutów sumienia, że porzucam kino na rzecz TV. W końcu jest tyle dobrego do obejrzenia! :)

I pomyśleć, że kiedyś czekała na nas tylko Drużyna A na zmianę z MacGyverem. ;)

Co myślisz?

To tylko kilka luźnych myśli na temat seriali i ich przewagi nad produkcjami kinowymi. Tak naprawdę to taka zaczepka, żebyśmy w komentarzach mogli podyskutować na temat fenomenu tej formy. I żebyś mógł/mogła podrzucić mi swoje perełki!

To co, pogadamy? ;)